Księża, którzy po odbyciu wyroków wrócili do pracy duszpasterskiej na terenie ZSRR

  1. Ks. Borysowicz Antoni (zmarł w 1966 roku w Hreczanach)

  2. Ks. Stanisław Brawer (wróciwszy z łagru zmarł k. Berdyczowa w 1941 r.)

  3. Ks. Chomicki  Antoni (zmarł 13 maja 1993r. w Murafie po długiej chorobie) 

  4. O. Darzycki Martynian (marł 2 lipca 2009 r. w klasztorze w Miastkówce)

  5. Ks. Drzepecki Bronisław (zmarł w Szargorodzie)

  6. Ks. Gładysiewicz Andrzej (zmarł w Połonnym w 1983 r)

  7. Ks. Jankowski Roman (zmarł w Żytomierzu w 1987 roku)

  8. O. Kaszuba Serafin (zmarł 17 września 1977 roku we Lwowie)

  9. Ks. Koziński Józef (zmarł w Berdyczowie w 1967 roku)

  10. Ks. Kuczyński Józef (zmarł w Barze w 1982 roku)

  11. Ks. Lisicki Faustyn (zmarł w Żytomierzu w 1972 roku)

  12. Ks. Mirecki Bronisław (zm. w 1986 roku w Hałuszczyńcach k. Płoskirowa)

  13. Bp Olszański Jan (zmarł w Kamieńcu-Podolskim w 2003 r.)

  14. Ks. Samosenko Aleksander (zmarł w Żytomierzu w 1956 roku)

  15. Ks. Szczypta Stanisław (zmarł w 1984 r. w Żytomierzu)

  16. Ks. Wysokiński Marceli (zmarł w 1959 r. w Miastkówce)

  

Ks. Borysowicz Antoni

(źródła:  http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/Borysowicz.htm, http://archiwum2000.tripod.com/518/borysow.html ) 

borysowicz

   Antoni Borysowicz ur. się 21.10.1894 r. w Antopolu na ziemi witebskiej. Gdy miał 10 lat zmarła matka. Ojciec nie ożenił się powtórnie i sam wychowywał 3 synów. W 1911 r. podjął studia w Seminarium Duchownym w Petersburgu. Ks. Antoni Ruran wspominał: Każdego poranku o godz. 5-tej rozlegał się głos dzwonka i budził wszystkich alumnów. Alumn Borysowicz szybko zrywał się, pośpiesznie ubierał i pierwszy szedł do kaplicy, by powitać Jezusa, dziękować za noc szczęśliwie przeżytą i prosić o błogosławieństwo na nowy dzień modlitwy i pracy. Jego ostatnie nawiedzenie Sanctissimum było przed udaniem się na spoczynek.
   W 1917 r., po otrzymaniu święceń kapłańskich,  ks. Borysowicz podjął studia w Akademii Duchownej w Petersburgu. Ks. Ruran zapamiętał: Ks. Borysowicz nie tylko odprawiał mszę św., ale ją przeżywał. [...] Rysy twarzy ulegały przemianie, oczy jaśniały, ruchy jego przy ołtarzu odznaczały się dziwną subtelnością, delikatnością i cała postać przeniknięta uduchowieniem, rozradowaniem i pogodą z tego mistycznego obcowania z Bogiem.
   Kiedy w maju 1918 r. bolszewicy zlikwidowali petersburską Akademię Duchowną, ks. Borysowicz udał się do Krakowa, gdzie podjął studia na wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studia ukończył w 1921 r., tylko dzięki pomocy krakowskich oo. kapucynów, u których mógł za darmo mieszkać i odżywiać się. Następnie obsługiwał cztery parafie - berezyńską, chołopienicką, Małe Dolce i Dobrą Wodę. W lipcu 1923 r. został kapelanem i prefektem w Gimnazjum ss. Nazaretanek w Kaliszu. W styczniu 1926 r. mianowano go dyrektorem tego gimnazjum. Ks. Ruran wspominał: Cieszył się wielkim autorytetem i sympatią wśród młodzieży. Był lubiany z powodu swej bezpośredniości i delikatności w obcowaniu z ludźmi. Otaczał młodzież szacunkiem i dobrocią serca. Nie narzucał im swoich myśli, swego zdania. Prosił, żeby młodzież zastanawiała się i przemyślała podane jej argumenty i racje. Pozwalał chętnie młodzieży na wypowiadanie się po skończonej lekcji. [...]. Był dobrym kierownikiem dusz, konfesjonał jego był oblegany przez młodzież. Kazania jego i konferencje były krótkie i opromienione pogodą i optymizmem chrześcijańskim. W ocenie pracy młodzieży był raczej łagodny i cierpliwy: , powtarzał za św. Franciszkiem Salezym.
   Ks. Antoni (?) Kalinowski zapamiętał ks. Borysowicza podczas jego pobytu w Kaliszu: Mimo, że był to kapłan stosunkowo młody, miał wrodzony talent postępowania z dziewczętami w sposób bardzo taktowny i licujący z godnością kapłana i wychowawcy. Dziewczęta zawsze odnosiły się do niego z szacunkiem i poważaniem. Ceniły w nim nie tylko kapłana, ale i człowieka o szerokim poglądzie na życie, na świat i na bieżące zagadnienia społeczne.
   Po wybuchu II wojny światowej, kaliskie Gimnazjum ss. Nazaretanek zostało zamknięte a ks. Borysowicz przedostał na Wileńszczyznę, gdzie przez całą wojnę posługiwał jako proboszcz w Podbrzeziu. Bp Adam Sawicki relacjonował: Kiedy Niemcy zajęli terytorium sowieckie na wschód od granic Archidiecezji Wileńskiej, arcybiskup metropolita wileński otrzymał prawo od Stolicy Apostolskiej organizowania pracy duszpasterskiej dla katolików na terenie wschodnim od swej archidiecezji. Ks. Antoni Borysowicz zgłosił ochotę do pracy duszpasterskiej na terenie Archidiecezji Mohylowskiej i otrzymał skierowanie do Mińska Litewskiego, do dawnej katedry.
   17.10.1944 r. ks. Borysowicz przybył do mińskiej katedry. Anna Niciejewska wspominała: Na sumie w niedzielę była moc ludzi, katedra była przepełniona i wszystkich nie pomieściła. Ksiądz Borysowicz z ambony zwrócił się do wiernych ze słowami: . Wszyscy w mgnieniu oka podnieśli ręce opowiadając się za językiem polskim, chyba jakieś 5 osób optowało na rzecz języka białoruskiego.
   24.12.1944 r. ks. Borysowicz został aresztowany przez NKWD. Sam tak pisał o jego przyczynach: Gdy desygnowano mnie na administratora diecezji, rozpętała się „białoruś" z Szutowiczem na czele. Nie przebierano już w środkach, by szatański zamiar doprowadzić do pożądanego skutku. Oskarżono mnie bowiem o udział w nielegalnych organizacjach z bronią w ręku, przypisano werbunek młodzieży białoruskiej do organizacji polskich oraz uprawianie agitacji na rzecz Polski.
   W wyniku śledztwa, podczas którego nie potwierdziły się  stawiane ks. Borysowiczowi zarzuty, został skazany na 5 lat zsyłki do Tiumania na Syberii za kontrrewolucyjną działalność. Przez pierwsze trzy lata zesłania nie mógł pełnić swych obowiązków kapłańskich. Potem sporadycznie posługiwał wśród zesłańców. W 1950 r. odzyskał wolność i powrócił do Podbrzezia, gdzie przez 9 miesięcy starał się o zezwolenie na podjęcie legalnej działalności duszpasterskiej.
   Na początku 1951 r. ks. Borysowicz został ponownie aresztowany i poddany półrocznemu śledztwu w Mińsku, podczas którego przebywał w celi zalanej wodą. Następnie został zesłany na 3 lata do Ad-Boksar w Kazachstanie. Po odzyskaniu wolności uzyskał zgodę na podjęcie posługi w parafii Hreczany na Ukrainie. Jednocześnie opiekował się kilkoma okolicznymi parafiami pozbawionymi kapłanów. Jego brat Jerzy Borysowicz wspominał: W każdej miejscowości [...] można i trzeba było 2 razy do roku pracować po dwie- trzy doby bez przerwy przez dzień i noc z kilkugodzinnym odpoczynkiem i snem często na kamiennej posadzce zakrystii. (...) Olbrzymie tłumy modlących się i spowiadających się, dużo dzieci do chrztu, dużo wozów z chorymi naokoło małej kapliczki nazywanej i podnoszonej do rangi kościoła. [...]. Lud prosty, żarliwy, nieuświadomiony w rzeczach wiary i prawdziwej pobożności, nie z własnej winy, pokonywa niepojęte trudności fizyczne i moralne, żeby móc przyjść do kościoła; maszeruje z tobołkiem żywności dziesiątki kilometrów, żeby posłyszeć słowa prawdy, miłości, odpuszczenia win, nadziei wiekuistego szczęścia - żeby dowiedzieć się jak ma żyć w ciężkiej walce o chleb i wśród licznych pokus. Praca w tych warunkach nie sprzyja zdrowiu i nerwom. Nie ma możliwości uczynić tyle ile trzeba i tak jak trzeba [...]. A jednak mimo wszystkie te trudności czuł się wewnętrznie szczęśliwym. Nie czekał i nie marzył o jakiejś zmianie pracy, mimo że płacił za nią bohaterskim trudem i męczeńskim życiem.
   W lutym 1966 r. ks. Borysowicz zachorował na zapalenie płuc. W liście do brata pisał: Stawiam pierwsze kroki po przewlekłej chorobie, która mnie ogromnie osłabiła. Nie wiem jak sobie poradzę w codziennej pracy po tylu zaległościach. (...) przejmować się dłuższym lub krótszym bytem na tej ziemi nie warto.
   Ks. Borysowicz zm. 6.05.1966 r. Jedna z parafianek zapamiętała: Umarł u nas ksiądz Antoni Borysowicz, (…), ale dla nas to wielki smutek, bo do śmierci bardzo wiele pracował, miał 8 parafii, nie żałował siebie, nieraz padał i wstawał i szedł spowiadać. (...) Pogrzeb odbył się 9 maja w poniedziałek. Przyjechało dużo księży, a ludzi było na pewno więcej jak 10 tysięcy, płakali, szlochali, ale nie wstał.

 spis treści

                Ks. Brawer Stanisław

(źródło: З АРХІВІВ ВУЧК-ГПУ-НКВД-КГБ,Біографії римо-католицьких священиківю с. 378, R. Dzwonkowski, Losy duchowieństwa katolickiego w ZSRSR 1917-1939.
Martyrologium, Liblin 1998, s. 170-171)

   Brawer Stanisław, syn Leonarda (1886–1909–1941) Urodził się 5 maja w Białopolu, rejon Koziatyn, obwód Winnicki. Należał do diecezji łucko-żytomierskiej. Seminarium duchowne ukończył w Żytomierzu. W 1910 roku pracował jako wikariusz w parafii Czerniowce Podolskie w dekanacie Jampol. Od 1913 roku był kapelanem w kaplicy na cmentarzu w Kowlu oraz katechetą w miejscowym gimnazjum i w innych szkołach. W 1918 roku pracował jako administrator parafii Dubno i dziekan dubeński. W lartach 1920-1922 i zapewne później, był był administratorem parafii Berezdów w dekanacie Nowogród Wołyński. W 1933 roku obsługiwał kilka lub więcej parafii, rezydując w parafii Połonne we wspomnianym dekanacie. Wydalony do Koziatyna, został pozbawiony prawa do spełniania funkcji kapłańskich. Zamieszkiwał w tym czasie przy ul. Antonowskaja 16. Po aresztowaniu przez OGPU 9 sierpnia 1935 roku został oskarżony o to, że od 1925 roku prowadził kontrrewolucyjną i nacjonalistyczną działalność wśród młodzieży na polecenie byłego administratora apostolskiego Teofila Skalskiego, a także o rzekomą przynależność do faszystowskiej kontrrewolucyjnej organizacji rzymsko-katolickiego i uniackiego duchowieństwa na prawobrzeżnej Ukrainie oraz o to, że w 1934 roku, razem z oskarżonymi księżmi, Aloisem Schönfeldem i Stanisławem Jachniewiczem, studiował literaturę faszystowską, w tym plan Hitlera oderwania Ukrainy sowieckiej od ZSRR, omawiał z Schönfeldem plan przygotowania oszczerczego protestu przeciwko władzy sowieckiej i informował o tym Jachniewicza oraz o cały szereg innych ciężkich przestępstw politycznych. Podczas zbiorowego procesu księży katolickich przyznał się do indywidualnej działalności kontrrewolucyjnej, ale nie do jej organizowania. Dnia 14 maja 1936 roku na podstawie artykułu 54-4, 54-10 i 54-11 KK USSR został przez OSO przy kolegium NKWD ZSSR skazany na 5 lat łagrów wraz z pozbawieniem praw obywatelskich. Karę odbywał w jednym z łagrów należących do Zarządu Ucht-Iżemskich wychowawczo-roboczych obozów pracy. Zwolniony 9 sierpnia 1940 roku. Zmarł w 1941 roku na terenie zlikwidowanej przez władze sowieckie parafii Machnówka w dekanacie Berdyczów. Zrehabilitowany na podstawie rozporządzenia Rady Najwyższej ZSRR z 16 stycznia 1989 roku.

  spis treści

Ks. Chomicki Antoni

(źródło: http://www.niedziela.pl/artykul/60873/nd/Na-jego-pogrzeb-przyszlo-16-tys-wiernych)

   ks. Antoni Chomicki

Ksiądz Antoni Chomicki był niezwykłym człowiekiem. Urodził się w 1909 r. w Samułkach w parafii Strabla. W 1930 r. otrzymał maturę w Niższym Seminarium Duchownym w Włodzimierzu Wołyńskim. Święcenia kapłańskie otrzymał w Łucku, skończywszy tamtejsze Wyższe Seminarium Duchowne w 1935 r., z rąk bp. Stefana Walczykiewicza. Pierwsze lata kapłaństwa przywiodły go do Równego, gdzie pozostał 2 lata. Następnie bp Adolf Szelążek mianował ks. Antoniego proboszczem parafii w Klesowie. 16 lutego 1945 r. został aresztowany przez NKWD, a następnie 6 lutego 1946 r. skazany na 10 lat łagrów za krzewienie wiary oraz za to, że założył miejscową komórkę AK. W uzasadnieniu aresztowania napisano: „(...) aktywny uczestnik kontrrewolucyjnej organizacji Armia Krajowa”. Do aresztowania przyczyniły się także pomoc partyzantom sowieckim i ukrywanie Żydów. Jednak już 27 kwietnia 1947 r. został uwolniony. W latach 1947-55 był proboszczem parafii w Połonnem, a od 1955 do 1958 r. w Szarogrodzie. Ostatnią placówkę objął w 1958 r. w Murafie.
   Ks. Antoni Chomicki posługiwał się pseudonimem „Roch”. W czasach okupacji radzieckiej zorganizował w Klesowie szpital polowy dla wojsk AK, w którym leczyli się żołnierze m.in. z pułku płk. Satanowskiego i oddziału kpt. Władysława Kochańskiego, ps. „Bomba-Wujek”, z którym ściśle współpracował. Sam był też dowódcą odcinka bojowego pod pseudonimem „Przystań rybacka”. Za tę działalność otrzymał Krzyż Walecznych.
   Marek Koprowski tak opisuje pomysłowość ks. Antoniego w utarczkach z KGB: „Tylko raz na samym krańcu antykościelnego, chruszczowowskiego kursu władze, chcąc uderzyć w ks. Chomickiego, usiłowały zamknąć kościół w Murafie. Szybko się jednak z tej próby wycofały. Kiedy specjalna komisja z Kijowa przyjechała, żeby obejrzeć świątynię, ks. Chomicki kazał wiernym położyć się krzyżem na jej posadzce i modlić się - opowiada ks. Świdnicki. Na członków komisji podziałało to piorunująco. Postanowili kościoła nie zamykać. Ks. Chomicki nauczył też wiernych innych form protestu, które bardzo denerwowały władze. Gdy te szykowały jakieś uderzenie, mobilizował ludzi, by szli pod pomnik Lenina i na kolanach odmawiali Różaniec, prosząc jednocześnie wodza rewolucji, by skłonił swych uczniów do zaprzestania ataków na Kościół. Patent ten był niezwykle skuteczny. Władze godziły się na wszystko, byle wierni nie modlili się przed Leninem. Ks. Chomicki szybko spopularyzował «sposób na Lenina» na całym Podolu...”.
   Ks. Antoni nie przyjął proponowanej mu sakry biskupiej, ponieważ obawiał się przymusowego wydalenia z terenu USRR. Mimo braku tytułu biskupiego, miał pozwolenie od kard. Wyszyńskiego, aby pełnić funkcję koordynatora życia duszpasterskiego na terenie wschodnich rubieży Ukrainy. Przez miejscowych katolików traktowany był jako patriarcha i wódz duchowy. Nazywany był kardynałem Wyszyńskim Ukrainy. W uznaniu zasług otrzymał godność infułata.
   Po II wojnie światowej ks. Antoni był jedynym duszpasterzem katolickim na terenie ok. 140 tys. km2, obsługiwał m.in. Kijów, Winnicę, Bar, Szarogród, Kamieniec Podolski i inne. W latach 1947-55 ochrzcił na tym terenie 13 219 osób (średnio ponad 60 chrztów co niedziela), udzielił sakramentu małżeństwa 1579 parom, a sakramentu bierzmowania 1563 osobom.
   Władze radzieckie i UPA zorganizowały na osobę ks. Chomickiego co najmniej 4 nieudane zamachy. Działalność podziemna księdza w latach 1947-82 była dobrze zorganizowana i możliwa tylko dzięki pomocy miejscowej ludności. Dzięki temu pomimo niechęci władz ks. Antoni mógł szerzyć wiarę katolicką na terenie USRR. Dzięki łączności z seminarium duchownym w Rydze umożliwiał wyświęcanie w podziemiu nowych kapłanów dla terenów Ukrainy. Ks. Chomicki ma ogromną zasługę w przetrwaniu Kościoła katolickiego na Ukrainie. Nie bez powodu nazywano go też patriarchą Podola.
  Dla mieszkańców Murafy był żywym świętym. Organista Eugeniusz Szwarcewicz, który przez ponad 30 lat był wraz z żoną najbliższym współpracownikiem ks. Chomickiego, nie potrafi ukryć wzruszenia, gdy go wspomina: „Swoją pokorą, dobrocią i troskliwością przyciągał do siebie ludzi wierzących, jak i niewierzących. Wszyscy go szanowali i kochali. Był bardzo wrażliwy na potrzeby ludzkie. Gdy przyjechał ktoś z sąsiedniej miejscowości, to go najpierw posyłał do kuchni, aby napił się herbaty, a potem załatwił sprawę. Gdy chrzcił dzieci, zawsze starał się wspomagać rodziny, dla których ochrzczony potomek był kolejnym dzieckiem. Dawał im po sto rubli, co wtedy było znaczącą kwotą. Ofiara z jednej Mszy św. wynosiła 10-15 rubli. Sam ks. Antoni żył bardzo skromnie. Na śniadanie były u niego często kartofle w mundurkach z mlekiem. Ubierał się licho. Zimą nosił nędzną czapkę, którą zachowałem dla siebie na pamiątkę. Oprócz pracy duszpasterskiej wiele czasu ks. Antoni poświęcał modlitwie. Gdy zachodziłem do jego pokoju, spotykałem go najczęściej z różańcem w ręku. Późnym wieczorem w samotności długi czas modlił się w kościele przed Najświętszym Sakramentem. Miał własny styl pracy, był doskonałym duszpasterzem umiejącym nawiązać dialog z wiernymi. Starał się podtrzymywać polskość. Liturgię odprawiał zawsze po polsku. Gdy jeden z zastępujących go księży odprawił Mszę św. po ukraińsku, od razu wezwał go i z wyrzutem zapytał: dlaczego ukrainizujesz mój naród?”.
   Ks. inf. Antoni Chomicki zmarł 13 maja 1993 r. w Murafie po długiej chorobie. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyło kilkudziesięciu duchownych z krajów Europy Wschodniej i ponad 16 tys. wiernych. Jego grób na miejscowym cmentarzu jest otoczony ogromnym kultem wiernych.
   22 lutego 2009 r. w kaplicy w Samułkach Dużych bp Antoni Dydycz poświęcił tablicę upamiętniającą tamtejszego rodaka ks. inf. Antoniego Chomickiego.
   Świadectwo pracy ks. Antoniego można łatwo znaleźć na stronie www.kresy.pl: „W Murafie, co zresztą widać na każdym kroku, ksiądz katolicki cieszy się nadal wielkim szacunkiem. Wieloletnia praca murafskich proboszczów nie poszła na marne.
  Kapłan jeszcze długo zapewne będzie tu najwyższym autorytetem, z którym się nie polemizuje. Pójście do kościoła na niedzielną Mszę św. jest dla każdego naturalnym obowiązkiem i potrzebą. Takich obrazków jak tutaj w Polsce się już nie zobaczy. Przed poranną Mszą św. główna ulica wsi prowadząca do świątyni wypełnia się ludźmi, głównie mężczyznami idącymi na nabożeństwo. Idą całą szerokością drogi. Z góry ich tłum wygląda jak pielgrzymka. Kwadrans przed ósmą niemały przecież kościół jest już tak nabity, ze nie ma gdzie wsadzić nogi. Tłok przed Sumą o jedenastej jest tak duży, że część wiernych musi stać na dworze. Z 6 tys. zadeklarowanych 4 tys. regularnie uczęszcza na niedzielną Mszę św.”.

 spis treści

O. Darzycki Martynian 

(źródło: Leon Karłowicz, „Ciernista droga, Życie i działalność
o. Martyniana Darzyckiego OFM na Ukrainie, więźnia Kołymy", Kraków 1997, s. 131–138,
http://www.kresowianie.avx.pl/article.php?id=38

o. Darzycki

   O. Martynian Darzycki urodził się w miejscowości Jagiełła koło Przeworska i jeszcze jako młodzieniec, śledząc ciągle mapy, marzył o wyprawie na Wschód. Po święceniach kapłańskich, Opatrzność Boża doprowadziła go tam, gdzie mógł rozniecić światło wiary i umocnić naukę Chrystusa. Na krótko kierowany był do różnych miejscowości Ukrainy, a w końcu na stałe pozostał proboszczem w miejscowości Miastkówka, z przynależnymi do niej wieloma znacznie odległymi miejscowościami, gdzie ciągle słychać było polską mowę. "Ojciec Martynian trwał na miastkowskim posterunku i na innych wtedy - czytamy w książce Ciernista droga - gdy w ośmiu okolicznych powiatach nie było ani jednego kapłana, gdy musiał znosić nadludzkie zmęczenie, przykrości od ówczesnych władz, przemierzać w prymitywnych warunkach ogromne przestrzenie i służyć posługą duszpasterską pozbawionym przez tyle, tyle lat wiernym. Tym przede wszystkim zasłużył sobie Ojciec na wdzięczność i szacunek miejscowych katolików". Władze sowieckie z góry podyktowały mu różne warunki, m.in. jedną Mszę św. dziennie, jedną osobę do spowiedzi dziennie, i wiele, wiele innych "znaków zakazu". Oczywiście głód Boga i głód wiary wśród tamtejszej ludności sprawił, że te ograniczenia były nieoficjalnie przekraczane. Chcąc w wielkim skrócie przedstawić niektóre dzieje o. Martyniana, zacznę od anegdotki przez niego opowiadanej - vide książka - a mającej ścisłe odniesienie do dalszych losów naszego bohatera, a mianowicie: "... Rozmawiali trzej policjanci - amerykański, niemiecki i sowiecki o tym, kto najszybciej wykrywa przestępców. Amerykanin rzekł, że po miesiącu od chwili popełnienia przestępstwa, Niemiec - że po dwóch tygodniach, zaś Rosjanin, że na miesiąc przed popełnionym przestępstwem...". I tak oto zapobiegawczo, żeby uniknąć tego "zła", które ewentualnie mógłby popełnić o. Martynian podczas proboszczowania w Miastkówce, aresztowano go i zesłano na osiem lat łagrów. Trzynaście tysięcy kilometrów przez całą Azję, miesiąc jazdy pociągiem w wagonie bydlęcym, następnie trasa na dolnym pokładzie statku od morza Japońskiego na Półwysep Kołymski pod Kamczatkę, do nieludzko ciężkiej pracy w kopalni, przy wożeniu taczkami urobku i wypłukiwaniu złotego kruszcu. Gdy po siedmiu latach został zwolniony za dobre sprawowanie, mógł udać się w drogę powrotną do kraju. Ale jak tu jechać, gdy nie ma się w kieszeni ani przysłowiowego "złamanego szeląga". Usiadł więc nasz bohater i zabrał się do czytania Ewangelii. Otwiera ją w dowolnym miejscu i czyta: "... Nie martwcie się, co będziecie jedli..." itd. Przerywa czytanie i rozmyśla, jak tu się nie martwić, gdy nie ma za co powrócić do Ojczyzny i gdy trzeba tu czekać bez żadnej nadziei na wyjazd. W tym momencie słyszy pukanie do drzwi. Wchodzi listonosz i przynosi mu 700 rubli wysłanych przez byłych parafian z Odessy. Przetrwał wszystko i przywyraźnej pomocy Bożej powrócił do swoich, doczekał szczęśliwie dzisiejszych czasów, a w obecnym roku świętuje 60. rocznicę swojej posługi kapłańskiej.

 

AUTOBIOGRAFIA

   Ja, ojciec Martynian Darzycki, urodziłem się w 1918 roku w Jagielle w województwie Lwowskim. Po szkole powszechnej kontynuowałem swoją naukę w Kolegium Serafickim Ojców Bernardynów w Radecznicy. Następnie moja nauka odbywała się we lwowskim seminarium duchownym przy klasztorze bernardyńskim.
   Rozpoczęła się wojna. W 1943 roku przyjechałem do pracy w obwodzie żytomierskim. I obsługiwałem w tym czasie 5 rejonów, w tym obwód kijowski i Odessę. Miałem jechać pracować do Charkowa, ale tutaj mnie aresztowało KGB. Przesiedziałem pod śledztwem 5 miesięcy w więzieniu w Żytomierzu. Potem odbył się sąd, na którym zostałem skazany na 8 lat pozbawienia wolności.
   Dnia 26 października 1946 roku pod konwojem wyruszyłem na przesiedlenie nad Zatokę Nachodka. Trudno wyrazić słowami tę atmosferę do której trafiłem i opowiedzieć o nieludzkich warunkach życia. Mieszkaliśmy w barakach, które były przewidziane na 120 osób, a nas tam znajdowało się – 840.
   Dnia 16 maja 1947 roku odpłynąłem do Magadanu. Przybyłem na Kołymę, gdzie pracowałem w kopalni złota. Zapamiętałem na całe życie silne mrozy, które były powyżej – 60ş. W takich warunkach woziłem taczki z gruzem. Przez ciężką pracę, i nieznany dla nas Słowian mróz, ciężko zachorowałem, i nie myślałem, że kiedyś zobaczę słońce. Ale pomogli mi dobrzy ludzie: lekarze – mężczyzna i jego żona, którzy wiedzieli, że ja jestem księdzem. Oni mnie postawili na nogi i zabrali do swojego domu na pracę. W dzień moich imienin w zakonie, 1 lipca 1952 roku, zostałem zwolniony z obozu, gdzie spędziłem 6 lat.
   Powróciłem na Ukrainę, dlatego że moim marzeniem było nieść Słowo Boże takiemu zagubionemu i unieszczęśliwionemu narodowi, któremu starano się zabrać najświętsze – wiarę w Pana Boga.
   Ciężko było tutaj, dlatego że nie pozwalali mi na działalność duszpasterską. Potem przybyłem do Murafy, gdzie obsługiwałem 5 kościołów, które znajdowały się w dużych odległościach. Odprawiałem także Mszę św. w domach prywatnych, spowiadałem chorych i uczyłem dzieci religii. Bywały w moim życiu takie czasy, kiedy byłem przez ciężką chorobę przykuty do łóżka i spowiadałem parafian leżąc. Władze komunistyczne dały mi prawo udzielać sakramentu pokuty tylko dwóm osobom, ale ich było dziesiątki razy więcej.
   Ostatnia przeprowadzka miała miejsce w 1957 roku, kiedy ja przyjechałem do Miastkówki w obwodzie winnickim. Dzięki wielkiej miłości do naszego Pana Jezusa Chrystusa nie odczuwałem samotności, chociaż pozostałem osamotnionym jako jedyny brat franciszkanin. Wokół na całej ziemi ukraińskiej nie było nikogo, kto by naśladował Ojca naszego Franciszka. Ale z czasem, w ciągu dziesięcioleci, młodzież, która od wczesnego dzieciństwa znajdowała się pod moją opieka duchową, zdobyła się na niewymowne życie duchowe.
   I w obecnym czasie na Ukrainie utworzona została Kustodia Św. Michała Archanioła, która liczy, dzięki Bogu, około 50 braci mniejszych. A ja i do dziś pracuję w Miastkówce i głoszę Słowo Boże. I moje sumienie jest spokojne, wszak wykonałem wolę Pana naszego, posiawszy maleńkie ziarno franciszkańskie. I mam nadzieję, że w przyszłości Ukraina będzie miała piękny urodzaj kwiatów Świętego Franciszka.
                                                                                     o. Martynian Darzycki

Ksiądz Darzycki, otoczony wieloletnią legendą, jak już uprzednio wielokrotnie podkreślono, znany i szanowany w całej tej części kraju, jest niekwestionowanym autorytetem religijnym i moralnym. Bez przesady można określić go mianem wzoru kapłana, Polaka i człowieka. Gdziekolwiek się pojechało, na wspomnienie o. Martyniana uśmiechem rozjaśniały się oblicza, padały nieodłączne pytania o zdrowie, samopoczucie „naszego Ojca”, a czasem po prostu „naszej mamy”. On sam też ze szczerą miłością i entuzjazmem mówi o swoich obecnych i byłych parafianach od Odessy po Żytomierz i od Kijowa po Bar, jako o niezwykłych, pełnych głębokiej wiary i poczucia godności własnej ludziach. Wszędzie był, zna wszystkich i wszystkich darzy prawdziwym ojcowskim uczuciem.

    O. Darzyckiego postrzegamy jako misjonarza znacznej części Ukrainy; „wskrzesiciela” bernardynów po latach nieistnienia na terenach na wschód od dawnej linii granicznej na Zbruczu; obrońcę i krzewiciela polskiej kultury na ziemiach dawniej do Polski należących, wśród ludzi świadomych swego polskiego rodowodu.

O. Martynian Wojciech Darzycki jawi się jako wielki Polak, kapłan i bernardyn na tle zmagań o sprawę Bożą i ludzką na „nieludzkiej ziemi” Sowietów. Do wielkości szedł przez pracę, prześladowania, więzienia i łagry, upokorzenia i cierpienia i częste niezrozumienie nawet przez swoich, którym służył. Przez poniżenie – do chwały.

 

Opowieść Ojca Martyniana 

   Miastkówka na Podolu. Daleko od uczęszczanych tras turystycznych. Jakieś 250 km na wschód od Kamieńca Podolskiego. W miejscu zapomnianym, a na pewno już – nie odwiedzanym zbyt często przez Polaków.
   Ksiądz Wojciech Darzycki (Ojciec Martynian) były zesłaniec na Kamczatkę, więzień Kołymy, w Miastkówce pełni posługę kapłańską od wielu lat. Sam liczy ich już 92.

 – Pięćdziesiąt lat wcześniej byłem w Murafie, w Żytomierskiej Obłasti i w Kijowskiej Obłasti, w Czernobylu i w Odessie.

 A potem były Braiłów, Mołczany, Krasne, Czerniowce, no i Miastkówka.

 Kiedy w 1944 roku ojciec prowincjał we Lwowie zapytał mnie:

 - Ojcze Martynianie – pojedziecie na wschód? - Ja usłyszałem wewnętrzny głos: - Przez przełożonego mówi Chrystus.… Chrystusowi odmówić nie można.

Wyraziłem zgodę, ale wtedy nie wiedziałem o co chodzi i jak ta praca będzie wyglądać. Pojechałem i po dzisiejszy dzień w tej pracy doznaję tyle ratunku, tyle opieki Bożej, że dawno bym zginął, gdybym tej łaski nie doznawał. Uchroniłem się od banderowców. Kolega zginął. Okrutnie go zamordowali. Drugiego też, a mnie Bóg uchował i na Kołymie, i w kopalni też. 650 km od Magadanu byłem .

 - Po tym co przeżyłem ja i moi rodacy na Kołymie – nic mi nie jest straszne. Wiem, że opiekowała się nami Matka Boska .

 Przeciwnicy byli potężni, ale my Polacy, my trwali i wierzyli, że wygramy, bo postępujemy w zgodzie z prawdą i przykazaniami Boga.

 - Zesłańcy ufali nam, księżom i dlatego nasza rola była szczególnie trudna. Nie mogłem zawieść rodaków i katolików.

 Nam nigdy nie wolno było załamywać się , trzeba było być zawsze przytomnym, wiedzieć jak postąpić w każdym przypadku i jakich udzielić rad. Ludzie mi wierzyli, a ja musiałem być zawsze silny duchem i pamiętać, że walczę o kościół, o religię, o należne nam prawa. 

 - Ciężko było i za Sowietów. Ten mój kościół w Miastkówce zbudowali Polacy w 1747 roku. Kiedy przyszli Sowieci - zrobili z niego klub, ale ludzie protestowali. Odprawialiśmy msze na cmentarzu, a ja jeździłem po wsiach z najświętszym sakramentem.

   Bywało, dojechałem do jakiejś stacji autobusem, wysiadam w polu, a tu dojechać do docelowej wsi nie ma czym. Za daleko, żeby pójść pieszo, a w pobliżu nie ma żadnego środka lokomocji. Czekałem więc na przystanku całą noc i to na nogach, bo usiąść nie było na czym. Dopiero nad ranem można było coś złapać. I tak miałem szczęście, bo bywało, że obławę na mnie Sowieci robili i zimą przez rzekę wpław musiałem się przeprawiać, żeby uniknąć schwytania i uwięzienia. W lutym 1959 roku musiałem jechać do Tulczyna. Cztery godziny podróży, a stamtąd jeszcze na wieś. Myślę sobie: wezmę taksówkę i dojadę spokojnie na miejsce. Bo stamtąd do celu było jeszcze jakieś 30 kilometrów. Tymczasem taksówkarzy ani śladu. Był bazarny dzień i taksówkarze mieli widocznie dużo wyjazdów. Ludzie czekali na przystanku w kolejce, a ja - z przenajświętszym sakramentem. Stoję, wyglądam – bez skutku. Czekałem tak do ósmej wieczorem, a potem całą noc do czwartej rano. Około czwartej, jeszcze ciemno – podjeżdża jakiś taksówkarz. Nieznajomy, ale podchodzę:

 - Słuszaj, takaja i takaja dierewnia. Ja gorodskoj ksiądz. Muszę jechać do chorej . Wzywają mnie i musisz mnie tam podwieźć.

 Za pół godziny byliśmy na miejscu. Okazało się, że ponad 80 osób stało całą noc w chacie i czekało na mnie. Modlili się i spokojnie oczekiwali. Bo jak ksiądz powiedział, że przyjedzie i tego nie odwołał, to znaczy, że przyjedzie. Coś mu się tylko stało. Spóźni się, ale czekać trzeba. Proszę sobie wyobrazić jak ja po takiej drodze, zmęczony, bez snu, w nagrzanej, dusznej chacie muszę zasiąść do spowiedzi. Bo w piecu napalili żebym nie zmarzł! Zaczynam więc spowiadać, ale długo usiedzieć nie mogę. Staję, znowu siadam, kiwam się, klękam, opieram o łóżko. Nie mogę utrzymać równowagi . Wyspowiadałem jakoś 20 osób. Miałem taki zwyczaj, że po wyspowiadaniu dwudziestki ludzi udzielałem im komunii świętej…. I ci ludzie szli do domów, bo przecież także mieli prawo zmęczyć się. Poza tym czekała na nich praca. Potem próbowałem trochę pochodzić. I to nie pomagało. Zmęczenie nie opuszczało mnie ani na moment. Zwróciłem się do zebranych: - Położę się na chwile . Tylko na chwilę… Wyrażają zgodę. Położyłem się. Ale zaraz wstałem. Sumienie nie pozwoliło mi odpoczywać, bo ludzie nadal stali i czekali. Musiałem zdobyć się na wysiłek i opanować własną słabość. O dziewiątej rano skończyłem spowiedź.
   - Jakie mam kontakty z władzami? – Nienajlepsze, – choć do mnie, jako seniora nie najgorzej się teraz odnoszą, bo kiedyś władza się nade mną bez przerwy znęcała. Ale taki los od Boga przyjąłem.
    Pamiętam, że kiedy wreszcie otworzyliśmy kościół – władze (gołowa sielrady) zabroniły dzieciom chodzić do kościoła. Mówię im: - Ja głoszę ludziom ewangelię, a w ewangelii jest wyraźnie napisane:
    - Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie!
    Wreszcie powiedziałem: dobrze, podam to do wiadomości wiernym, ale dajcie mi to na piśmie. Przyszło pismo. A było to za czasów Chruszczowa, kiedy rozpowszechniano oficjalnie teorię o wolności sumienia i wyznania. Tu znalazła się ona w jaskrawej sprzeczności z realnym życiem. Tłum ruszył pod drzwi „sielrady” słał pisma do naczalstwa:
    - Co wy chcecie od naszych dzieci? Mamy prawo posyłać je gdzie chcemy! Rząd tego nie zabrania, tylko wy jesteście wrogami ludu.
    Aresztowano kilka kobiet. Ludzie zaczęli słać pisma do prokuratury. Nadano sprawie bieg i domagano się oficjalnego stanowiska czy dzieci maja prawo bywać w kościele na nabożeństwach. Przyciśnięty do muru prokurator musiał odpowiedzieć, że prawo sowieckie tego nie zabrania. No to odcięto nam dopływ prądu.Były potem długie i uciążliwe starania o jego powtórne przyłączenie i nieustanne kłopoty z odnawianiem i remontem światyni. Materiały budowlane trzeba było składać gdzieś na prywatnych podwórzach, a potem nocą w tajemnicy przenosić je ręcznie bez hałasu na plac kościelny. Władze przysłuchiwały się kazaniom. Wychwytywali różne słowa, żeby robić z nich księdzu zarzuty, nasyłali milicję z lada powodu. Mniej ich interesowały przestępstwa kryminalne, zabójstwa, kradzieże – od tego, co kapłan mówił do ludzi. Jednego z księży tak pobili, że został już kaleką na całe życie. Msze św. musiał odprawiać w pozycji siedzącej, bo nie potrafił stać. Zniszczyli młodego, świetnego księdza.
    - Jacy ludzie tu przychodzili? Ano, różni, ale zawsze spragnieni Boga. Była taka staruszka, która po trzydziestoletnim pobycie w Kazachstanie przepłakała całą mszę. Tak ją wzruszył widok prawdziwego ornatu i księdza przy ołtarzu. Od czasów dzieciństwa nie była w kościele, nie uczestniczyła ani razu we mszy świętej, ani w innym nabożeństwie.
    Tutaj, w tej parafii jest jeszcze około trzystu Polaków. Jak sobie radzą? Ciężko im. Ukraińcy mówią tu tak: „Ukraina ridna maty – ne ukradesz – ne budesz maty”. – To taka pohoworka – znaczy się: przysłowie. Ono wystarczy za całą opowieść o sytuacji na Ukrainie. Opieki ze strony Polski dla starszych ludzi tu nie ma. Nie dociera żadna pomoc oprócz duchowieństwa, które i tak nie pomaga, a ukrainizuje.
    - Za carów –jeszcze były polskie szkoły, potem przyszli Sowieci i niszczyli Polaków strasznie. A Ukraińcy - jeszcze gorsi niż Sowieci. Z biegiem czasu sytuacja zdawałoby się - ulegnie poprawie. Ale prawdę mówiąc - lżej mi było na Kołymie niż dzisiaj tu, za Zbruczem. Nie ma prawdy i straszna ukrainizacja Polaków. Duchowieństwo się, niestety, rozdzieliło. Ci duchowni, którzy przeszli przez piekło zesłania – mają wielką pokorę. Młodsi, a zwłaszcza ci, co przyjeżdżają z Polski, szczególnie zawzięcie ukrainizują pozostałych tu Polaków… Mówią: - Tu nie ma żadnych Polaków – tu są tylko katolicy. A to nieprawda. Dla mnie to jest bardzo smutne. Mnie na duszy staje się bardzo ciężko. Ja przestaję myśleć, że jestem wśród Polaków, bo zaledwie jedna msza jest po polsku, a wszystkie inne nabożeństwa – po ukraińsku. Naród jest nauczony słuchać księży i nie potrafi się zbuntować, tylko cierpi w milczeniu z poczuciem straszliwej krzywdy.
    - W Miastkówce jest przecież jeszcze tylu Polaków… I wie pani – dodaje – gorzkie żale to nawet w Polsce tak pięknie nie śpiewają jak tutaj.

Danuta Skalska
2007-06-11 11:23:14  (http://www.kresowianie.avx.pl/article.php?id=38)

 spis treści

Ks. Drzepecki Bronisław

(Źródło: http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/ZSRR%20spis.htm)

ks. Drzepiecki

   Bronisław Drzepecki ur. się 13.09.1906 r. w Starosinawie na Podolu, w rodzinie chłopskiej. W 1918 r. podjął naukę w drugiej klasie gimnazjum polskiego w Płoskirowie. Po zajęciu tych ziem przez bolszewików i likwidacji polskiego gimnazjum, uciekł w 1922 r. do Polski. Tu wstąpił do niższego seminarium duchownego w Buczaczu. Po jego skończeniu kontynuował formację w Wyższym Seminarium Duchownym w Łucku. W 1939 r. przyjął święcenia kapłańskie.
   Ks. Drzepecki podjął posługę jako prefekt w niższym seminarium duchownym we Włodzimierzu Wołyńskim. W 1933 r. podjął studia teologiczne na Uniwersytecie Angelicum w Rzymie. Ukończył je po czterech latach uzyskując stopień doktora teologii. Następnie powrócił do Łucka, gdzie został profesorem i wicerektorem seminarium duchownego. Po zajęciu Wołynia przez wojska sowieckie i zamknięciu łuckiego seminarium, został proboszczem w Hucie Stepańskiej. Latem 1943 r., w czasie pogromów ludności polskiej na Wołyniu, zorganizował we wsi samoobronę. Opiekował się uciekinierami z innych wsi, zyskują sobie olbrzymi szacunek i wdzięczność. Wobec groźby zmasowanego ataku oddziałów UPA, wraz z 10 000 Polaków wycofał się do Kowla. Tu został proboszczem. Pomagał także ukrywającym się Żydom. Latem 1944 r. znalazł się wraz z polskimi uciekinierami w Lublinie. Pomimo propozycji podjęcia pracy naukowej na KUL, powrócił na opanowany przez sowietów Wołyń. Mianowany przez bpa Adolfa Szelążka wikariuszem generalnym na diecezję żytomierską, udał się do Żytomierza, gdzie zamieszkał przy katedrze.
   Ks. Drzepecki został aresztowany 10.01.1945 r. w Żytomierzu przez NKWD. Najpierw spędził trzy tygodnie w miejscowym więzieniu, po czym przewieziono go do Kijowa. Został oskarżony o nielegalne przekroczenie granicy w 1922 oraz o to, że „był aktywnym agentem Watykanu. (...) Na sowieckim terytorium zbierał dane wywiadowcze i wysyłał je Szelążkowi w celu wysłania ich do Watykanu. Ponadto kierował antysowiecką działalnością wysłanników agentury Watykanu w Żytomierskiem do rozszerzania katolicyzmu w Związku Sowieckim i zbierania polityczno – ekonomicznych danych dla Watykanu. Razem z Józefem Kuczyńskkim nielegalnie otwierał kościoły i odprawiał w nich nabożeństwa”.
   Prokurator domagał się w stosunku do ks. Drzepeckiego orzeczenia kary śmierci. Ostatecznie 6.05.1946 r. został skazany na 10 lat łagrów. Trafił do Workutłagu, gdzie pracował w kopalniach węgla. Współwięźniarka Stanisława Powolna zapamiętała: „ks. Drzepecki pozostawił mi w pamięci obraz prawdziwego kapłana o dużej mądrości, wysokiej kulturze, spokojnego, z pogodnym uśmiechem i serdecznymi oczyma”.
   Ks. Drzepecki odzyskał wolność 10.11.1954 r. Jednak zabroniono mu  powrotu na Ukrainę. Stanisław Dłużniak zapamiętał: „ks. Bronisława (...) skazano na przymusowe osiedlenie w Workucie. Tam go poznałem, jako człowieka mądrego, skromnego i ofiarnego. Opiekował się chorymi i niósł duchową pomoc Polakom mieszkającym w Workucie”.
   Sowieckie władze zorientowawszy się w działalności ks. Drzepeckiego, zmieniły miejsce zesłania na Kazachstan. Tam osiadł w Zielonym Gaju, gdzie było duże skupisko polskich zesłańców. Tu rozwinął szeroką półlegalną działalność duszpasterską objeżdżając okoliczne tereny.
   7.01.1959 r. ks. Drzepecki został aresztowany, oskarżony o antysowiecką działalność i następnie skazany na 10 lat łagrów. Trafił do Ozierłagu koło Irkucka, gdzie pracował przy wyrębie lasu. W 1961 r. Został przeniesiony do Uchtżemłagu w Komi, specjalnego obozu dla duchownych w którym przebywało 27 księży katolickich. Tu głosił w ukryciu konferencje i spowiadał. Wolność odzyskał 18.01.1964 r. Następnie przez 2 lata prowadził nielegalną działalność duszpasterską w Kazachstanie. W 1966 r. uzyskał zgodę władz na objęcie parafii w Szarogrodzie na Podolu. Tu zaczęła go trapić ciężka choroba płuc i gardła.
   Ks. Bronisław Drzepecki zm. nagle 8.09.1973 r. w Szarogrodzie. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyło kilkanaście tysięcy ludzi co było wówczas niespotykanym wydarzeniem. Jeden z uczestników pogrzebu zapamiętał: „Przez trzy doby pełniono wartę honorową przy jego trumnie. Kilkanaście tysięcy ludzi wzięło udział w pogrzebie, księża szli w sutannach i komżach, co było zabronione przez władze sowieckie. Rozpłakany lud wznosił żałobną pieśń. Pytano: „Modlić się za niego czy do niego”.

 spis treści

Ks. Gładysiewicz Andrzej

(źródło: http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/ZSRR%20spis.htm) 

ks. Gładysiewicz

    Andrzej Gładysiewicz ur. się 8.11.1914 r. w Górnej Posadzie koło Rymanowa Zdroju. W 1934 r., czując głos Bożego powołania, wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Łucku. Wiosną 1939 r. przyjął święcenia kapłańskie.
   Ks. Gładysiewicz rozpoczął posługę duszpasterską jako wikary w Kowlu. Po zajęciu kresów wschodnich przez ZSRS i aresztowaniu proboszcza we Włodzimierzu Wołyńskim, objął jesienią 1940 r. to stanowisko. Po zajęciu Wołynia przez wojska niemieckie współpracował z miejscową strukturą AK. W konspiracji posługiwał się pseudonimem „Gołąb”. Był współtwórcą polskiej samoobrony w Bielinie, dzięki której mieszkańcy tej wsi uniknęli eksterminacji w okresie pogromów ludności polskiej dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich. Mimo wielu ostrzeżeń, że grozi mu aresztowanie, pozostał na Wołyniu po jego ponownym zajęciu przez Armię Czerwoną. Swoją decyzję uzasadnił: „Ja tych ludzi nie zostawię”.
   4.01.1945 r. ks. Gładysiewicz został aresztowany we Włodzimierzu Wołyńskim przez NKWD. Osadzony w więzieniu w Łucku, został oskarżony o to, że od sierpnia 1943 r. „należał do antysowieckiej nacjonalistycznej organizacji Włodzimiersko–Wołyńskiego obwodu Polskiego Związku Powstańczego pod pseudonimem „Gołąb” i jako członek organizacji był związany z komendantem obwodu Dudkowskim Marcinem Leopoldowiczem”. Oskarżony został także o to, że był „jednym z filarów (...) Delegatury Rządu Polskiego na kraj (...) ze strony organizacji wchodził w skład tzw. Polakom w potrzebie, organizował zbiórki i wydawanie środków materialnych uczestnikom organizacji, utrzymywał związek z kierowniczymi osobistościami (...) a także czytał antysowiecką polską nacjonalistyczną literaturę”.
   Uznany winnym „zdrady ojczyzny” ks. Gładysiewicz zastał skazany na 10 lat łagrów i 5 lat pozbawienia praw cywilnych. We wrześniu 1945 r. trafił do łagru w Noryslku, gdzie pracował m.in. jako zbrojarz przy budowie huty miedzi oraz przy kopaniu rowów w wiecznej zmarzlinie pod fundamenty budowy. W 1948 r. trafił do obozu specjalnego – Gorłag. Tu pracował w kopalni węgla. W 1950 r. został aresztowany w wyniku donosu Rosjanina, za słuchanie spowiedzi i skazany na 10 lat łagrów i 5 lat pozbawienia praw cywilnych. Powtórnie trafił do Norylłagu.
   Ks. Gładysiewicz zyskał sobie w łagrach olbrzymi szacunek. Był jedynym w gronie kilku uwięzionych tu księży którego kryminaliści skazani za najcięższe przestępstwa tytułowali księdzem i dzielili się z nim chlebem. Współwięzień Bolesław Jajkowski wspominał: „ksiądz zapisał się  w mojej pamięci jako wzorowy, ofiarny i prawdziwy sługa Boży”. Z kolei Józef Wójcik oceniał po latach: „Ksiądz Andrzej Gładysiewicz zapisał się w mojej pamięci jako ofiarny i dzielny kapłan”.
   W 1953 r. ks. Gładysiewicz opuścił łagier, jednak musiał pozostać dalej w Norylsku jako zesłaniec. Rozwinął wówczas szeroką konspiracyjną działalność duszpasterską wśród Polaków i katolików innych narodowości.
   Ks. Gładysiewicz wolność odzyskał w lipcu 1956 r. Natychmiast udał się do Połonnego na Podolu, gdzie był czynny kościół katolicki pozbawiony jednak kapłana. Dzięki determinacji parafian, którzy kilkadziesiąt razy udawali się do Chmielnicka, Kijowa i Moskwy, uzyskał zgodę komunistycznych władz na objęcie parafii. Łamiąc absurdalne przepisy zabraniające mu opuszczać parafię potajemnie wyjeżdżał do chorych i umierających. Był nieustannie nękany i dręczony przez władze m.in. był stale wzywany do urzędu oraz nachodzony przez funkcjonariuszy KGB. Doświadczył także podpalenia Kościoła, zniszczenia szat liturgicznych, wybijania szyb w kościele. Któregoś dnia miejscowy radiowęzeł podał, ze jest przestępcą bo siedział w więzieniu. Pomimo nacisków i pogróżek, by zgodnie z prawem sowieckim nie wpuszczał do kościoła dzieci i młodzieży, otaczał troską duszpasterską także tych najmłodszych parafian i nigdy nie ustąpił żądaniom władz.
   Ks. Andrzej Gadysiewicz zm. 23.08.1983 r. w Połonnem. W 1995 r. został zrehabilitowany.

 spis treści

Ks. Jankowski Roman

(źródło: R. Dzwonkowski SAC, Leksykon duchowieństwa polskiego represjonowanego w ZSRR 1939-1988, Lublin 2003, s. 287-288, źródło: З АРХІВІВ ВУЧК-ГПУ-НКВД-КГБ,
Біографії римо-католицьких священиків, s.346-347) 

ks. Jankowski

   Ks. Jankowski Roman s. Władysława (1889–1915–1987). Należał do diecezji łucko-żytomierskiej, a następnie żytomierskiej. Urodził się 28 sierpnia we wsi Bebechy, rejonu Jarmolińce w obwodzie winnickim na Podolu. Seminarium duchowne ukończył w Żytomierzu i tam przyjął święcenia kapłańskie. W 1918 roku pracował jako wikariusz parafii katedralnej w Łucku. W latach 1919-1920 był wikariuszem i katechetą w polskiej szkole w Humaniu. W latach 1923-1925 pracował jako administrator parafii Trojanów, a następnie parafii Bracław i Berdyczów. Po raz pierwszy został aresztowany w Żytomierzu 5 czerwca 1925 roku i oskarżony o pomoc w nielegalnym przekroczeniu granicy z Polską. Przez dwa lata więziony był w Berdyczowie bez wyroku sądowego. Uwolniony, lecz 6 lutego 1927 roku ponownie aresztowany. W maju 1929 roku skierowany do więzienia w Charkowie , gdzie oczekiwał na rozpoczęcia śledztwa. W zbiorowym procesie księży katolickich z Ukrainy w 1929 roku w Charkowie został na podstawie art. 56-19 i 25 KK USRS skazany na 6 lat łagrów i wysłany na Sołowki. Z końcem wyroku 6 lutego 1933 roku. W czasie procesu zarzucono mu m.in. utrzymywanie nielegalnych kontaktów z Polską. Do łagru przybył 19 czerwca 1929 roku. W 19230 roku skierowany do łagru na wyspie Anzer. Do 1932 roku przebywał razem z innymi księżmi katolickimi w tzw. Troickim Skicie, później w jednym z łagrów k. Uchty. Na skutek złego stanu zdrowia został zwolniony w październiku 1933 roku zesłany do Ałma-Aty w Kazachstanie, skąd po paru miesiącach wrócił do Żytomierza. W maju 1934 roku podjął parce w parafii Kotelnia w dekanacie żytomierskim oraz w parafii Uszomierz w dawnym dekanacie owruckim w obwodzie kijowskim. Po aresztowaniu w Żytomierzu ostatniego księdza 27 lipca 1935 roku parafianie sprowadzili go dla odprawiania Nabożeństwa i rozdania Najświętszego Sakramentu przed zapowiedzianym zamknięciem katedry. Władze miejscowe poleciły mu jednak zwrócić się o pozwolenie na Nabożeństwo do Kijowa. Po udaniu się tam został ponownie aresztowany. 27 sierpnia 1935 roku na podstawie oskarżenia o to, że od jesieni 1934 roku do momentu aresztowania prowadził kontrrewolucyjną robotę mającą na celu hamowanie rozwoju kolektywizacji i rozbijanie kołhozów; że był uczestnikiem organizacji kolektywnego, oszczerczego protestu przeciwko decyzjom władzy sowieckiej dotyczącym religii. Zarzucono mu także działalność kontrrewolucyjną wśród młodzieży, odprawiania nabożeństw po domach prywatnych oraz odmowę zawieszenia w swoim domu portretu Stalina. 14 maja 1936 roku skazany został na 5 lat łagrów w Komi ASRS na Syberii. Od końca lat 30 do 1945 roku przebywał na zesłaniu w Kazachstanie. W 1945 roku po 11 latach (w sumie) pobytu w łagrach, więzieniach i na zesłaniu, wrócił do Żytomierza i we wrześniu tegoż roku rozpoczął prace w katedrze, otwartej przez ludność katolicką latem 1941 roku (po zajęciu Ukrainy przez wojska niemieckie) i obronionej przez nią po zakończeniu II wojny światowej. Wkrótce otrzymał nakaz opuszczenia Żytomierza i osiedlenia się na 5 lat we wsi Jabłonne w tym samym obwodzie. Po ich upływie wrócił do Żytomierza, zamieszkał przy ulicy Piotrowskiego 7 i rozpoczął prace duszpasterską w katedrze. Posyłał paczki do łagru poznanemu tam o. Albinowi Janosze. W 1957 roku otrzymał zakaz głoszenia kazań przez cały rok i pracy w tym mieście. W 1959 roku chóralne odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych przez wiernych zebranych w kościele żytomierskim na nabożeństwie Wielkiej Soboty, zgodnie z odwiecznym rytuałem, zostało przez władze wyznaniowe potraktowane (na podstawie donosu agenta KGB) jako wymuszanie na nich przysięgi na wierność Kościołowi katolickiego. Za karę cofnięto mu na 6 miesięcy sprawkę. W latach 60 i 70., mając około 80 lat, dojeżdżał do parafii Nowogród Wołyński, Pokostówka i innych. W drugiej połowie lat 50 na zaproszenie brata mieszkającego w Warszawie przybył do polski i spotkał się z prymasem Stefanem Wyszyńskim. Nie przyjął propozycji rodziny i przyjaciół pozostania w Polsce ze względu na potrzeby duszpasterskie w Ukrainie. Zmarł 10 lutego 1987 roku w wieku 98 lat, w 71 roku kapłaństwa. Pogrzebany na cmentarzu parafialnym w Żytomierzu. Zrehabilitowany w 1989 roku. (źródło: R. Dzwonkowski SAC, Leksykon duchowieństwa polskiego represjonowanego w ZSRR 1939-1988, Lublin 2003, s. 287-288).

 spis treści

O. Kaszuba Serafin

(https://www.kapucyni.pl/index.php/prowincja-krakowska-mainmenu-325/serafin-kaszuba/3396-wedrowny-zbieracz-ulomkow) 

o. Kaszuba

   O. Serafin Kaszuba (ur. 17 czerwca 1910 we Lwowie, zm. 17 września 1977 tamże) – Sługa Boży, zakonnik, kapucyn (Franciszkanin), nazywany Włóczęgą Bożym, przemierzał w ZSRR wbrew szykanom i panującemu tam terrorowi tysiące kilometrów, docierał z posługą kapłańską do odległych zakątków rozległego imperium.
   Urodził się w 17 czerwca 1910 na peryferiach Lwowa, na Zamarstynowie, w rodzinie robotniczej. Oboje rodzice, Anna z domu Horak i Karol Kaszuba, należeli do III Zakonu św. Franciszka i wychowali czwórkę swoich dzieci w klimacie głębokiej pobożności i wzajemnej miłości. Alojzy uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Stanisława Żółkiewskiego we Lwowie, po czym wstąpił do zakonu. Nowicjat rozpoczął w klasztorze kapucynów w Sędziszowie Małopolskim (20 sierpnia 1928) i przyjął imię zakonne Serafin, a studia teologiczne odbył w seminarium zakonnym przy ul. Loretańskiej w Krakowie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1933. Ukończył także studia z zakresu filologii polskiej na Uniwersytecie Jagielońskim.
   O. Serafin Kaszuba, niezwykły zakonnik, który uczynił ze Związku Radzieckiego największą terytorialnie katolicką parafię świata. Bezdomny „włóczęga" pozbawiony pracy i choćby symbolicznego własnego kąta, za to obdarzony niezwykłą charyzmą. Kapucyn, który całe swoje dorosłe życie poświęcił wyprawom apostolskim obejmującym olbrzymie tereny sowieckiego imperium od wileńskiej Ostrej Bramy, przez syberyjską tajgę i żyzne ziemie Ukrainy, aż po kazachskie stepy i mroźne rejony północnej Estonii.
   Ten niestrudzony apostoł, przyrównywany często do św. Pawła z Tarsu, obchodziłby w czerwcu tego roku setną rocznicę swoich urodzin. Ale tylko nieliczni znają niezwykłe koleje losu Sługi Bożego Serafina Kaszuby kolejnego polskiego kandydata na ołtarze, o którym jeden z kapucyńskich współbraci napisał: „Żył jak żebrak i umarł, jak żebrak, a z rzeczy materialnych po jego; śmierci zostały do podziału: habit, pasek i brewiarz...".

 

Czerwone noce

   To była typowa droga przedwojennego chłopaka z dobrego, religijnego polskiego domu: porządne patriotyczne wychowanie, świetnie zdana matura, wielkie plany na przyszłość i gorliwa chęć niesienia pomocy innym. Nade wszystko zaś głęboka pobożność, która kazała młodziutkiemu maturzyście Alojzemu Kaszubie zastukać do furty kapucyńskiego nowicjatu. W klasztorze szybko zauważono, że nowy brat, zwany już od tej pory Serafinem, ma wszelkie przymioty dobrego zakonnika, na czele z wielką trójcą zakonnych cnót: Pobożnością, Pokorą i Pracowitością. jeszcze coś: Brat Serafin jest zakochany w książkach powtarzano na klasztornych korytarzach. To dlatego pewnie zakonni przełożeni skierowali go na studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, pod skrzydła słynnego profesora Stanisława Pigonia. I kiedy zaledwie dwa miesiące przed wybuchem wojny obronił magisterium, przepowiadano mu piękną karierę naukową. Zamiast akademickich splendorów czekała go jednak kilkudziesięcioletnia apostolska tułaczka po najodleglejszych zakamarkach sowieckiej krainy urzędowego ateizmu. Ową niezwykłą posługę zaczął od najbardziej zapalnego miejsca na Kresach: od Wołynia. Kiedy inni uciekali z tego płonącego i skrwawionego kawałka ziemi, on jechał nieść duszpasterską pomoc tym, którzy tam zostali. Znalazł się w środku koszmaru krwawych „czerwonych nocy" nad Wołyniem, wśród Polaków wyrzynanych na masową skalę przez bandy ukraińskich nacjonalistów. Widział i przeżył rzeczy straszne. „W nocy na horyzoncie widać było pożary. Jakiś człowiek na wpół spalony dogorywał w pobliskiej chacie. Kiedy ognie zbliżały się więcej, spędzałem noce na strychu w kościele. Nie było to bezpieczniej, ale bliżej Pana Jezusa i łatwiej bronić przed profanacją w razie napadu" wspominał w swoich zapiskach.
   Po spaleniu Karasina pierwszej wołyńskiej parafii, w której był proboszczem musiał wraz z ocalałymi z rzezi parafianami przenosić się nieustannie do kolejnych miejscowości, uciekając przed ogniem, nożami i siekierami banderowców. Sam parę razy dosłownie cudem unikał śmierci, choć nacjonaliści ukraińscy wielokrotnie urządzali zasadzki na tego „Księdza Lacha". Zawsze jednak ktoś lub coś ostrzegało go w porę przed śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Ten trzeci

   Kiedy na tereny Wołynia wkroczyli ponownie Sowieci, rozpoczęła się druga odsłona dramatu tamtejszych mieszkańców. Skończyły się co prawda nocne mordy, ale teraz przyszła kolej na brutalną repatriację, mającą na celu całkowite wykorzenienie Polaków z Kresów Wschodnich. Nie wszyscy jednak chcieli lub mogli opuścić swoje domy. Sam Serafin usilnie namawiany przez ojca i siostry, by wyjechał wraz z nimi, początkowo się zgodził. Już w wagonie repatriacyjnym ogarnęły go jednak wątpliwości. Ktoś powiedział mu, że jeżeli zostanie, będzie zapewne jedynym kapłanem, który przetrwa na terenie olbrzymiej diecezji łuckiej. Wtedy podjął decyzję wysiadł na pierwszej stacji kolejowej,  pozostawiając w wagonie cały swój „majątek". Potem mówił: „choćby tu dwóch Polaków zostało, to ja będę trzeci z nimi". Zakonnik osiadł w mieście Równe, które uczynił swoją bazą wypadową na cały Wołyń. Jeździł wszędzie tam, gdzie znajdowały się choćby najmniejsze skupiska Polaków i katolików. Z czasem zaczęły się też niebezpieczne wyprawy „za kordon" poza granice II Rzeczpospolitej na Litwę, Łotwę i w głąb ZSRR. Dziesięć lat nieustannych podróży, fatalnych warunków bytowych, głodu i coraz bardziej pogarszającego się stanu zdrowia... A do tego wszystkiego jeszcze nieustanne represje ze strony sowieckiej władzy, próbującej za wszelką cenę pozbyć się niewygodnego wichrzyciela w zakonnym habicie. Próbowano również rozpętać przeciwko niemu kampanię prasową i propagandę szeptaną, w której pomawiano go o niemoralne życie i nadużywanie alkoholu. Bezskutecznie.
   W 1956 r. wydawało się jednak, że komunistom uda się uciszyć zakonnika. O. Serafin został najpierw podstępnie wymeldowany, a potem pozbawiony przez urzędnika ds. wyznań prawa do sprawowania czynności duszpasterskich. Zupełnie tak, jakby to ów urzędnik był ich depozytariuszem! Ponownie zaproponowano mu repatriację, i to na dobrych warunkach. ponownie odmówił.

 Zioła od introligatora

   Dla Serafina rozpoczął się tym samym etap kapłaństwa katakumbowego nabożeństwa sprawowane w prywatnych domach, nocne spowiedzi, potajemne chrzty. Od tej pory musiał się już ukrywać przez cały czas, bez stałego pobytu, bez zameldowania co już samo w sobie stanowiło w komunizmie przestępstwo z gatunku tych najcięższych wędrując ze swoją kapłańską posługą coraz dalej i dalej, ścigany nieustannie przez milicję i KGB. Dla zmylenia władz imał się różnych prac był m.in. introligatorem, sprzedawcą ziół leczniczych, palaczem w przyszpitalnej kotłowni. Coraz częściej docierały także do niego informacje o tragicznym losie tysięcy Polaków, rozrzuconych na bezludnych stepach odległego Kazachstanu i ginących tam masowo z powodu głodu, zimna i ciężkich warunków klimatycznych. Poszedł do nich... Głodny, przemarznięty, inwigilowany, tropiony jak zwierzyna łowna, wędrował od chutoru do chutoru, od sowchozu do sowchozu, niosąc wszędzie i dla wszystkich Chrystusowe apostolstwo Prawdy i Miłości. Funkcjonariuszom KGB udało się dopaść zakonnika dopiero 6 marca 1966 r. na stacji autobusowej w miejscowości Kustanaj. Aresztowano go, uwięziono, oskarżono o włóczęgostwo, a w końcu skazano na pięć lat zesłania. Znalazł się w kazachskim sowchozie Arykty w rejonie Celinogrodu, z całkowitym zakazem opuszczania miejsca zsyłki.
   Tam przyjęła go pod swój dach rodzina niemieckich protestantów. Już po miesiącu zesłania pisał: „Pan Bóg jeden wie, co mi przeznaczył. Jak dziwne są drogi, którymi mnie prowadzi.
    Przecież w Arykty nie byłoby kapłana, gdyby nie moje zesłanie. Wczoraj pierwszych pięcioro się spowiadało, a dzisiaj raniutko mieliśmy uroczystą Mszę świętą".
   Znów zaczęli do niego zjeżdżać katolicy z najdalszych zakątków kazachskiego stepu. On sam nie zapominał też o swoich dawnych parafianach pisał listy na Wołyń, Zaporoże, Podole, Polesie, Krym i wszędzie tam, gdzie „proboszczował" wcześniej duchem i ciałem.
   To się oczywiście nie mogło podobać sowieckiej władzy. Wkrótce skierowano go do nowego miejsca zesłania sowchozu Arszatyńsk, 350 km od Arykty. 

Władza się troszczy

   Trudy codziennego apostołowania, wyniszczający tryb życia, urągające ludzkiej godności warunki bytowe nie mogły pozostać oczywiście bez wpływu na jego wątły organizm. Gwałtownie postępowała gruźlica płuc. A kiedy sowiecka władza zgodziła się wreszcie „łaskawie", by „włóczęga" poddał się gruntownym badaniom lekarskim, stwierdzono u niego m.in. bronchit, wadę serca, rozedmę płuc, ropne zapalenie ucha wewnętrznego i szybko postępującą głuchotę.
   Otrzymał więc czasowe pozwolenie na wyjazdy w celach leczniczych. Uparty zakonnik wykorzystał jednak tę furtkę na spotkania z dawnymi wiernymi. Ci zaś modlili się bez przerwy o uwolnienie swojego kapłana. Nieoczekiwanie, w listopadzie 1966 r., o. Serafin otrzymał pozwolenie na powrót do Celinogrodu. Niedługo jednak cieszył się z odzyskanej wolności. Dwa dni przed Bożym Narodzeniem został ponownie aresztowany i zamknięty, tym razem w odludnym zakładzie dla starców, kalek i nieuleczalnie chorych w zapadłej wiosce Mała Tymofijewka. Decyzję tę argumentowano „troską" o stan zdrowia i warunki życia starszego, wyniszczonego chorobami człowieka. W rzeczywistości jednak była to tylko nowa forma uwięzienia. Kiedy więc dyrektor zakładu przyznał bez ogródek, że zakonnik został skazany na 11 lat przymusowego odosobnienia, Serafin zdecydował się na ucieczkę. Dotarł do Celinogrodu, do swoich wiernych. Nawiązał też kontakt z rodziną w Polsce. Kiedy jednak ukochana siostra Maria błagała go, by wrócił do kraju, napisał: „Pan Bóg widzi, że oddałem Mu wszystko w ręce, a On rządzi nie zawsze według naszej woli. Główna rzecz nie rozminąć się z wolą Bożą". Został w ZSRR...

Lampa dogasa i kopci

   W 1968 r. zmarła nagle Maria i Serafin rozpoczął starania o zgodę na czasowy wyjazd do Polski. Pozwolenie przyszło... dwa tygodnie po pogrzebie. Zdecydował się jednak na wyjazd. Podczas pobytu we Wrocławiu dała o sobie znać nieleczona od lat gruźlica. W strasznym stanie został przewieziony do szpitala przeciwgruźliczego i tylko natychmiastowa operacja uratowała mu życie. Kiedy doszedł nieco do siebie, usłyszał od lekarzy, że pozostało mu jeszcze 10 lat życia. I to pod warunkiem że zacznie dbać o swoje zdrowie...
   Ale z Kazachstanu, Ukrainy i Syberii przychodziły cały czas nowe listy. Wrócił do Związku Radzieckiego... „Sobie wiadomymi drogami i środkami lokomocji docierał do katolików i rodaków, o których już nawet w kraju nikt nie wspominał. Był przekonany, że Pan Bóg powołał go do «zbierania ułomków». Zbierał je na bardzo rozległym terenie serdecznie witany, z żalem żegnany" pisał o. Hieronim Warachim w biografii ojca Serafina Kaszuby „Włóczęga Boży".
   Coraz częściej jednak miewał gwałtowne krwotoki z płuc. Wiedział, że odchodzi. Pisał: „Czuję się zawsze błogo (...). Temu poczuciu nie przeszkadza świadomość, że lampa dogasa i kopci". W swoją ostatnią podróż wyruszył do Lwowa 19 września 1977 r. Dzień był bardzo chłodny i deszczowy. Najpierw zepsuł się autobus i Serafin musiał odbyć dalszą podróż na otwartej plandece ciężarówki w strugach deszczu. Potem wypróbowani lwowscy znajomi nie mogli go przyjąć pod swój dach, bo akurat trwała u nich rewizja milicji. Serafin stał więc kilka godzin na deszczu, nim zorganizowano dlań zastępczy nocleg. W pokoju, w którym nocował, paliło się cały czas światło. Znaleziono go siedzącego przy stole z głową opartą na brewiarzu... Sowieckie władze zadbały o to, by pogrzeb zakonnika był cichy i szybki. Wkrótce jednak do grobu kapucyna zaczęły pielgrzymować tłumy wiernych... Na jego nagrobku wyryto słowa św. Pawła bo kogóż by innego: „Stałem się wszystkim dla wszystkich"...

 spis treści

Ks. Koziński Józef

(źródło: http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/ZSRR%20spis.htm, З АРХІВІВ ВУЧК-ГПУ-НКВД-КГБ,Біографії римо-католицьких священиків, s. 401

   Józef Koziński ur. się 4.07.1889 r. we wsi Jezioro koło Winnicy. Czując głos Bożego powołania ukończył seminarium duchowne w Żytomierzu. W 1916 r. przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku podjął studia w Akademii Duchownej w Piotrogrodzie. Nauki nie ukończył, ponieważ bolszewicy zlikwidowali w 1918 r. Akademię. W tej sytuacji podjął posługę duszpasterską jako wikary w Krzеmieńcu. W 1919 r. został katechetą w szkołach miejskich w Żytomierzu. W 1920 r. został administratorem parafii Topory koło Żytomierza.
   Po zakończeniu wojny polsko – bolszewickiej i traktacie ryskim, ostatecznie wytyczającym wschodnią granicę II Rzeczypospolitej, ks. Koziński pozostał na ziemiach sowieckiej Ukrainy. W 1925 r. przeniósł się do parafii Różyn i został dziekanem w Skwirze. W 1932 r. objął parafię Fastów k. Kijowa. W związku z licznymi aresztowaniami księży w 1933 r. miał pod opieką 10 parafii.
   19.08.1935 r. ks. Koziński został aresztowany jako administrator parafii Topory w grupie innych 19 osób, w tym 7 księży. Oskarżony został o przynależność do „faszystowskiej kontrrewolucyjnej organizacji rzymsko-katolickiej i unickiego duchowieństwa na prawobrzeżnej Ukrainie”. Ponadto, oskarżono go o to, że „w latach 1933-35 prowadził kontrrewolucyjną robotę specjalnie wśród uczącej się młodzieży, wygaszał z ambony kościelnej kazania zachęcające do kontrrewolucyjnego zachowania się, wspólnie z ks. Aloisem  Schönfeldem omawiał faszystowskie plany oderwania sowieckiej Ukrainy od ZSRR, przechowywał u siebie w mieszkaniu kontrrewolucyjną i nacjonalistyczną literaturę”.
   14.05.1936 r. ks. Koziński został skazany na 5 lat lagrów i skierowany do północnych łagrów Ucht Iżemskich. Wolność odzyskał 19.08.1940 r., po czym powrócił do parafii Topory. Ponieważ nie otrzymał pozwolenia na pracę duszpasterską, pracował w kołchozie.
   Kiedy latem 1941 r. wojska niemieckie zajęły Ukrainę, ks. Koziński został aresztowany na sutek donosu starosty Mielnika i wywieziony do obozu w Ukrainie Zachodniej. Po pewnym czasie został jednak zwolniony, po czym podjął prac duszpasterską w kościele św. Barbary w Berdyczowie. Dojeżdżał także do parafii Topory i Różyn.
   Po II wojnie światowej ks. Koziński, nie zdecydował się na przyjazd do Polski i pozostał wśród swoich parafian w ZSRR. Kiedy w 1949 r. władze radzieckie zamknęły kościół w Berdyczowie, odprawiał mszę św. we wsi Chałaim Gródek odległej o 27 km od miasta. W 1953 r. kupił razem z parafianami chatę w Berdyczowie. Po uzyskaniu zezwolenia władz, stworzył w niej kaplicę. Jako proboszcz parafii Berdyczowskiej przez 20 lat opiekował się także parafiami Nowyj Zawod koło Żytomierza.
    Ks. Józef Koziński zmarł 20.01.1967 r. w Berdyczowie i tam został pochowany.

 spis treści

Ks. Kuczyński Józef

(źródło: http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/ZSRR%20spis.htm) 

ks. Kuczyński

   Józef Kuczyński ur. się 15.02.1904 r. w Buczkach koło Żytomierza. Na skutek traktatu ryskiego z 1921 r. żytomierszczyzna przypadła bolszewickiej Rosji. W 1924 r., po skończeniu sowieckiej szkoły średniej dla nauczycieli w Żytomierzu, zbiegł do Polski. Tu zdał eksternistycznie maturę po czym wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Łucku. W 1930 r. przyjął Święcenia kapłańskie.
   Ks. Kuczyński posługiwał początkowo jako katecheta w szkołach powszechnych w Łucku. Jednocześnie jako ceniony przez młodzież wychowawca, był kapelanem Wołyńskiej Chorągwi Harcerzy ZHP w stopniu harcmistrza. W 1935 r. podjął studia w Institut Catholique w Paryżu. Po uzyskaniu doktoratu z dziedziny socjologii, powrócił w 1937 r. do Polski. Do wybuchu wojny posługiwał jako diecezjalny sekretarz KSM w Łucku.
   W czasie II wojny światowej ks. Kuczyński posługiwał w parafiach Szumbar i w Dederkały. Po ataku Niemiec na ZSRR i zajęciu Wołynia przez oddziały Wehrmachtu, udał się z podróżą duszpasterską na tereny należące przed wojną do ZSRR. Dotarł wówczas m.in. do Żytomierza i rodzinnych Buczek. Niemieccy okupanci zmusili go jednak do powrotu do macierzystej parafii.
   Kiedy w 1942 r. zaczęły się na Wołyniu pogromy ludności polskiej, organizowanej przez ukraińskich nacjonalistów, ks. Kuczyński zorganizował w Dederkałach samoobronę Polaków. Uratował także wiele miejscowych rodzin żydowskich, włączając je do rodzin polskich. Za skuteczną obronę ludności polskiej przed oddziałami UPA otrzymał Krzyż Walecznych.
   Latem 1944 r., po zajęciu Wołynia przez wojska sowieckie, ks. Kuczyński, w odpowiedzi na apel bpa Adolfa Szelężaka wyruszył podjąć pracę duszpasterską na terenach należących przed wojną do ZSRR. Od sierpnia do grudnia 1944 r. pracował w Krasiłowie. Potem został skierowany do Kijowa, gdzie zainspirował miejscowych katolików do podjęcia starań o otwarcie kościoła. Dotarł również do Charkowa i Dniepropietrowska, gdzie 8.01.1945 r. został aresztowany. Następnie trafił do więzienia w Kijowie, gdzie został poddany ponad rocznemu śledztwu.
   Ks. Kuczyńskiemu zarzucono mu nielegalne przekroczenie granicy w 1924 r. oraz antysowiecką działalność w II Rzeczpospolitej. W skierowanym przeciwko niemu akcie oskarżenia, czytamy: Będąc agentem Watykanu przez cały czas prowadził antysowiecką politykę Papieża Rzymskiego i brał udział w działalności organizacji według nakazów papieża Piusa XI i w antysowieckich celach. Jako członek tej organizacji kierował młodzieżowym jej oddziałem, systematycznie prowadził publiczne wykłady na antysowieckie tematy i rozpowszechniał wszelkie możliwe kłamstwa i zmyślenia przeciwko Związkowi Sowieckiemu”.  Oskarżono go także o to iż był wysłany przez Szelążka do zachodnich obwodów sowieckiej Ukrainy z zadaniem szerzenia katolicyzmu i zbierania polityczno – ekonomicznych danych na sowieckim terytorium, w celu przekazania ich do Watykanu.
   Prokurator domagał się dla ks. Kuczyńskiego i czterech innych oskarżonych polskich duchownych, kary śmierci. Ostatecznie 6.05.1946 r. został zaocznie skazany na 10 lat lagrów. Najpierw trafił do łagru na Uralu, a w styczniu 1947 r. do Workuty, gdzie przez 7 lat pracował w kopalni węgla. Razem z ponad 20-toma uwięzionymi tu kapłanami katolickimi prowadził ożywioną działalność duszpasterską wśród łagierników. Po latach wspominał: nabrałem przekonania, że Bóg dopuszcza zajadłą złość tej władzy, by dać opiekę religijną ludziom najbardziej udręczonym. Jeśli po rosyjsku kraj za kręgiem polarnym zwie się krajem siewier – skrajna północ – to cierpienie skrajnie wielkie i pociecha religijna niezbędna. Najgorliwsi nawet duszpasterze nie potrafiliby tam dotrzeć, gdzie posłała ich władza. Тam, w mroźnym piekle, prawdziwi kapłani doznawali radości niezmiernych, pocieszając najbardziej strapionych. Odprawiało się Mszę w., spowiadało, komunikowało w kopalni węgla na głębokości 900 m. albo w domach zesłańców.
   Ks. Kuczyński odzyskał wolność 16.10.1954 r., bez prawa wyjazdu z Workuty. Dopiero w maju 1956 r. pozwolono mu opuścić miejsce zesłania. Udał się wtedy w rodzinne strony, po czym wyjechał do Kazachstanu, gdzie  podjął półlegalną pracę w Tainczy, gdzie mieszkało ok. 20 000 Polaków deportowanych z Ukrainy w 1936 r. Był pierwszym od 20 lat księdzem katolickim posługującym wśród zesłanych tu Polaków. Opieką duszpasterską otoczył również miejscowych Niemców. Jego ożywiona działalność duszpasterską nie uszła uwadze władz. 9.12.1958 r. został ponownie aresztowany.
   25.02.1959 r. Kokczetawski Sąd rejonowy skazał ks. Kuczyńskiego na 7 lat łagrów. Cały wyrok odsiedział w Angaragu koło Irkucka. Po latach oceniał: Ciężko, bardzo ciężko jest siedzieć 7 lat, zwłaszcza gdy się już przedtem odsiedziało 10 lat. Ale muszę przyznać, że za tamte dwa i pół roku opłaci się znowu siedzieć.
   Ks. Kuczyński odzyskał wolność 9.12.1965 r., po czym udał się do Baru na Podolu, gdzie miejscowi katolicy uzyskali pozwolenie na podjęcie przez niego pracy duszpasterskiej. Opiekował się także okolicznymi parafiami: Łuczyniec, Snitków, Wierzbowiec.
   Ks. Józef  Kuczyński zmarł 13.03.1982 r. Pozostawił po sobie wspomnienia „Między parafią a łagrem” opublikowane w Paryżu w 1985 r.

 spis treści

ks. Lisicki Faustyn

(źródła: http://ostrog.blox.pl/tagi_b/16710/Faustyn-Lisicki.html, http://kyiv-zhytomyr.com.ua/istoria/2012-06-26-13-00-12/2012-06-26-13-23-07.html, Ks. Roman Dzwonkowski SAC, „Leksykon duchowieństwa polskiego represjonowanego w ZSRS 1939-1988”,
Lublin 2003, s. 375-376) 

ks. Lisicki

  Ks. Faustyn Lisicki urodził się 29 marca 1903 r. uczęszczał do seminarium duchownego w Łucku i po święceniach w 1928 r. pracował, jako wikariusz w katedrze, potem proboszcz parafii Potasznia (1932-1935) i parafii Stepań (1936-1943). Cudem przeżył napad oddziałów UPA, a jego kościół pw. Św. Michała Archanioła 21 kwietnia 1943 r. został wysadzony w powietrze. Dnia 13 sierpnia 1943 r. udał się do Żytomierza gdzie pełnił posługi duszpasterskie w mieście i okolicy. Dnia 25 lutego 1945 r. aresztowany przez NKWD. 1 sierpnia 1946 r. został skazany na 10 lat łagrów i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. Zesłany do łagrów w Workucie pracował w kopalni węgla. Zwolniony z zesłania 25 lutego 1956 r. wrócił do Żytomierza, ale nie otrzymał „rejestracji”, udał się do Latyczowa, gdzie za nielegalne odprawianie Mszy św. został aresztowany. Po pół roku sparaliżowany został zwolniony, ale jeszcze przez 14 lat w swoim prywatnym mieszkaniu odprawiał Msze św. i spowiadał. Zmarł w Żytomierzu 23 marca 1972 roku 

 spis treści

Ks. Mirecki Bronisław

(źródło: http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/ZSRR%20spis.htm) 

ks. Mirecki

   Bronisław Mirecki ur. się 3.09.1903 r. w Przeworsku w wielodzietnej rodzinie inteligenckiej o powstańczych tradycjach. W 1920 r. jako ochotnik brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Ranny 17.08.1920 r. w bitwie pod Zadwórzem na przedpolach Lwowa, dostał się do niewoli sowieckiej. Uciekł z obozu jenieckiego pod Kijowem i szczęśliwie wrócił do domu rodzinnego. Naukę w gimnazjum w Nisku rozpoczął w 1918 r., lecz z powodu udziału w wojnie dopiero w 1926 r. zdał maturę. Po odbyciu służby wojskowej w 1927 r. wstąpił do seminarium metropolitalnego we Lwowie. W listopadzie 1933 r. w katedrze lwowskiej przyjął święcenia kapłańskie. Jednocześnie był studentem na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jana Kazimierza, który ukończył w 1933 r., broniąc pracę magisterską pt. Prawo własności w świetle encykliki Rerum Novarum i Quadragesimo anno. W latach 1933–1935 był wikariuszem w Żydaczowie, a następnie administratorem parafii Nowe Sioło w powiecie zbaraskim.
   Podczas II wojny światowej był proboszczem parafii Podwołoczyska. Po zajęciu tych ziem przez wojska niemieckie, współpracował z lwowską NOW, a po scaleniu z AK. W 1944 r. został skazany na śmierć przez UPA. Ocalał w czasie nocnego napadu banderowców na dom, w którym mieszkał, i przeżył jego spalenie. W ciągu tej nocy kompletnie osiwiał. W końcu 1944 r. abp Eugeniusz Baziak mianował go proboszczem parafii w Podwołoczyskach, leżących przy przedwojennej granicy polsko-sowieckiej.
   Po wojnie ks. Mirecki pozostał ze swoimi wiernymi na Wschodzie. Tam była jego Polska. Władze sowieckie utrudniały mu pracę duszpasterską. Kościół w Podwołoczyskach został przez bolszewików wysadzony w powietrze, a on sam na 15 lat pozbawiony prawa do pracy duszpasterskiej. Pracował więc konspiracyjnie na terenie archidiecezji lwowskiej oraz za przedwojenną granicą wschodnią – na Podolu, m.in. w Kamieńcu Podolskim, Greczanach k. Chmielnickiego (Płoskirowa), Derażni, Latyczowie, Gródku Podolskim, Połonnem, Manikowcach, Hołozubińcach. Opiekował się także kaplicą w Kijowie na Światoszynie i przyczynił się do jej utrzymania. Odwiedzał skupiska katolików na Bukowinie, w Kazachstanie, na Krymie i w Moskwie.
   W 1948 r. przypisywano ks. Mireckiemu pismo wiernych z obwodu tarnopolskiego skierowane do pełnomocnika obwodowego ds. religii oraz do Stalina i Chruszczowa, w sprawie rejestracji nowych gmin religijny i otwarcia zamkniętych kościołów w miastach powiatowych. W swoim sprawozdaniu pełnomocnik obwodowy ds. religii pisał: Rzymskokatolicki kościół znacznie wzmocnił swoją działalność. Dowodzi tego fakt, że w wielu rejonach obwodu: czortkowskim, trembowlańskim, skaackim i mikulińskim, Polacy, po kilka rodzin we wsiach tych rejonów, zwracają się do mnie z prośbą o zarejestrowanie wspólnot religijnych, obejmujących kilka wiosek, z prawem otwarcia kościołów w miastach rejonowych.
   Wielokrotnie był zatrzymywany i przesłuchiwany przez funkcjonariuszy MWD i KGB. Grożono mu zsyłką, a nawet śmiercią – wspomina jego siostra Maria - Ukrywał się u oddanych mu mieszkańców. W ukryciu odprawiał Msze święte i udzielał sakramentów, tajnie chrzcił, spowiadał, błogosławił małżeństwa [...] Nie bacząc na nic jeździł po okolicznych wsiach i miasteczkach, czasami obsługiwał jednocześnie 15 parafii  na Podolu i pograniczu Wołynia. Jeździł dniem i nocą, furmanką i saniami.
   Gdy po kilkunastu latach otrzymał pozwolenie władz na pracę w parafii w Hałuszczyńcach nad Zbruczem, był jedynym kapłanem w całym obwodzie tarnopolskim. Miał wówczas pod opieką także parafie w Krzemieńcu i Borszczowie. Złoty jubileusz kapłaństwa obchodził 8.11.1983 r. w Hałuszczyńcach. Uroczystość zgromadziła tysiące wiernych ze wszystkich miejscowości, w których pracował. Papież Jan Paweł II nadesłał z tej okazji do Jubilata telegram, zapewniając go o swym duchowym uczestnictwie w tej uroczystości.
   Namawiany przez siostrę do wyjazdu do Polski, ks. Mirecki odpowiedział: Władze chętnie by się mnie pozbyły. Ja jednak nigdy dezerterem nie byłem. Jak bym mógł to powiedzieć swym parafianom? Na kolanach by mnie błagali, bym ich nie opuszczał. Czy mógłbym coś takiego zrobić?
   Ks. Bronisław Mirecki zmarł w Hałuszczyńcach 13.08.1986 r. Ostatnią Mszę św. odprawił dwa dni wcześniej w Płoskirowie. W manifestacyjnym pogrzebie 16 sierpnia, oprócz tysięcy wiernych, uczestniczyło 25 kapłanów. W homilii pogrzebowej ks. Jan Olszański, późniejszy biskup diecezji kamieniecko-podolskiej, powiedział: „Życie ks. Bronisława to życie kapłana, męczennika-nędzarza, a zarazem misjonarza. Wiele lat trzymając się Podwołoczysk, był narażony na szykany władz. Mieszkał w wilgotnej chacie, w której dawniej trzymano sól, gdzie dprawiał nabożeństwa, korzystając z bliskości bazaru, [gdyż] ze względu na tłumy przewijające się przez ten bazar trudniej mógł być obserwowany”.
   Na grobowcu ks. Mirceckiego widnieje napis: W trudnych czasach poświęcił się, nie opuścił nas i został z nami na zawsze.

 spis treści

Bp Olszański Jan

(źródło: http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/ZSRR%20spis.htm) 

bp. Olszański

   Jan Olszański ur. się 14.01.1919 r. w Hucisku Brodzkim w województwie tarnopolskim w rodzinie rolniczej.  Po ukończeniu miejscowej szkoły podstawowej, uczęszczał do Państwowego Gimnazjum im. Józefa Korzeniowskiego w Brodach. Po zdaniu matury w 1938 r., wstąpił do metropolitalnego seminarium duchownego we Lwowie. Jednocześnie podjął studia teologiczne na Uniwersytecie Jana Kazimierza. W 1942 r. przyjął święcenia kapłańskie.
   Ks. Olszański został wikariuszem w Kaczanówce. W 1944 r., na ochotnika pojechał Gródka Podolskiego, za przedwojenną granicę II Rzeczypospolitej, gdzie 80% mieszkańców stanowili Polacy – katolicy. Ponieważ miejscowy kościół wysadzili komuniści, sprawował posługę sakramentalną w kaplicy cmentarnej. Po aresztowaniach polskich kapłanów w 1945 i 1946 r., został jednym duchownym katolickim na kilkuset tysiącach kilometrów kwadratowych.  Pod koniec 1946 r. został wydalony z Gródka Podolskiego, po czym wyjechał do Lwowa. W mieście „Semper Fidelis” został wikariuszem w parafii Matki Bożej Śnieżnej. W 1948 r. komunistyczne władze nakazały mu opuszczenie Lwowa i powrót do Gródka Podolskiego. Wkrótce został zmuszony, aby przenieść się do Płoskirowa, gdzie nie było kościoła ani parafii. Tu został napadnięty przez nieznanych sprawców. Dzięki staraniom wiernych pozwolono mu na powrót do Gródka Podolskiego. Tu posługiwał przez 10 lat. Jedna z parafianek po latach wspominała: ileż to schodziło się i przyjeżdżało ludzi do naszej kapliczki, chociaż mogą pomieścić 55-60 osób, a do niej po 300 i więcej. Wokół kapliczki toczyły się setki ludzi, aby usłyszeć słowo Boże. Już w tamte czasy myśląc nie tyle nad budową – o tym nie można było marzyć – ale rozbudową kapliczki, wierzący ludzie dobrowolnie podpisywali się pod petycją. To było w 1951 r. Zebrano prawie jedenaście tysięcy podpisów. (…) Miejscowy sekretarz Komitetu Rejonowego tow. Szczerbata, która szczególnie nienawidziła „wszystkiego, co inaczej myślące”, na konferencji partyjnej mówiła o księdzu „Albo on –albo ja”. Siły były nierówne. Co ciekawe, po wypędzeniu od nas kapłana, zginęła w wypadku.
   W 1959 r. komuniści przemiesсili ks. Olszańskiego do odciętej od świata wioski Manikowce. Wyjeżdżał stąd po kryjomu aby spowiadać, chrzcić i błogosławić małżeństwa do skupisk katolików pozbawionych kapłana. Wielokrotnie był zatrzymywany i karany przez agentów najpierw NKWD a potem KGB.
   16.01.1991 r. Ojciec Św. Jan Paweł II mianował ks. Olszańskiego biskupem ordynariuszem reaktywowanej diecezji kamieniecko – podolskiej. 2.03.1991 r. przyjął sakrę biskupią w katedrze lwowskiej. Miesiąc później dobył ingres do katedry pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Kamieńcu Podolskim.
   Bp Olszański reaktywował zamknięte po powstaniu styczniowym seminarium duchowne. W 2001 r. podczas święceń kapłańskich powiedział: Proszę Was nowowyświęconych żebyście byli kapłanami według Serca Jezusowego... żebyście byli kapłanami modlitwy... żebyście byli świętymi kapłanami. (…)Powróćcie do zwyczajów waszych ojców, waszych przodków (...), którzy ginęli w śniegach Kazachstanu i Syberii, Kanału Białomorskiego... Naśladujcie waszych przodków...
   W 1993 r. prezydent RP Lech Wałęsa odznaczył bpa Olszańskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP. W 1997 r. otrzymał nagrodę im. Włodzimierza Pietrzaka za  wieloletnie heroiczne trwanie w służbie Bogu, Kościołowi i ludziom oraz umacnianie wiary katolickiej i kultury chrześcijańskiej na Podolu. W kwietniu 2002 r., w 83 roku życia złożył rezygnację przyjętą przez papieża Jana Pawła II. W jednym z wywiadów powiedział: Kościół katolicki na tych terenach posiada polskie korzenie i pozostaje faktem, że większość katolików to nade wszystko Polacy lub z rodzin ukraińsko – polskich.
   W księdze jubileuszowej dedykowanej bp. Olszańskiemu napisano: W powszechnej świadomości ludzi uchodzi za wzór prawości, szlachetności i osobistej świętości. Bez wątpienia zasługuje na miano świadka i symbolu niezłomnej wiary, wierności Bogu i Kościołowi katolickiemu, pełnej poświęcenia służby człowiekowi oraz najwyższej próby patriotyzmu. Przez całe dziesięciolecia trwa na Podolu niczym twierdza, broniąc uniwersalnych wartości religijnych, humanitarnych i narodowych.
   Bp Jan Olszański zm. 23.02.2003 r. w Kamieńcu Podolskim. Pochowany został w miejscowej katedrze. W telegramie kondolencyjnym Jan Paweł II nazwał go wielkim apostołem na ziemiach Ukrainy.

 spis treści

Ks. Samosenko Aleksander

(źródło: http://kyiv-zhytomyr.com.ua/istoria/2012-06-26-13-00-12/2012-06-26-13-23-39.html, R. Dzwonkowski, Losy duchowieństwa katolickiego w ZSRSR 1917-1939.
Martyrologium, Liblin 1998, s. 424)

ks. Samosenko

   Samosenko Aleksander s. Jana (1893-917-1956). Należał do diecezji łucko-żytomierskiej. Seminarium duchowne ukończył w Żytomierzu. Pochodził z Odessy. W 1918 roku był wikariuszem parafii Uszomierz w dekanacie Owrucz, a następnie parafii Machnówka w dekanacie berdyczowskim. W latach 1923 – 1925, i zapewne dłużej pracował jako administrator parafii Samhorodek w tym samym dekanacie. W 1923 roku był także ad interium administratorem parafii Wachnówka w dekanacie berdyczowskim oraz parafii Bohusław w dek. Humań. W pierwszej połowie lat trzydziestych był duszpasterzem w Berdyczowie, gdzie w maju 1935 roku został aresztowany, jako ostatni ksiądz katolicki w tym mieście, za nauczanie dzieci katechizmu. Według niektórych informacji przyczyną jego aresztowania miało być jakoby odprawienie Mszy św. w intencji zmarłego marszałka Józefa Piłsudskiego. Skazany został na 7 lat łagrów. Był początkowo więziony w Winnicy, a potem w Kijowie. Wyrok odbywał w łagrze na Solówkach Kiemˈ BBK. Jego brat, ks. Ludwik Samosenko, proboszcz parafii Ludwipol w diecezji łuckiej , informował o tym Prymasa Polski w liście z 22 sierpnia 1936 roku, dodając, że pomimo kilkakrotnych okazjі do wyjazdu ks. Aleksander pozostał w ZSSR. 28 stycznia 1937 roku znajdował się w łagrze Stacja Segeta (Sołówki). W wykazie A. Ponińskiego z marca 1937 roku wymieniany jako więzień łagru na Sołówkach. Przeżył łagry i ze zrujnowanym zdrowiem przybył do Żytomierza, gdzie zaczął aktywnie odradzać życie religijnie. Dziłalność kapłana nie spodobała się  miejscowym komunistom, którzy zmusili go wyjechać do Odessy. Jednak w 1945 roku ks. Aleksander wraca do Żytomierza i   rozpoczyna posługę kapłańską w katedrze żytomierskiej i w kaplicy p.w. św. Wacława na Kroszni (dzielnica Żytomierza), mimo zakazu władz. Oprócz licznych przeszkód ze strony komunistów, kapłan, oby mieć pozwolenie na pełnienie obowiązków duszpasterskich musiał zapłacić łapówkę niejakiemu Szczerbakowu, który stał na czele obwodowego wydziału do spraw kultu. Razem z parafianami zebrał 1000 rubli, co wówczas było sumą kosmiczną. Wiele sił i zdrowia kosztowała w 1947 roku walka o pozwolenie rejestracji parafii na Kroszni.  Zmarł  ks. Aleksander 20 marca 1956 roku. Pogrzebany na cmentarzu polskim w Żytomierzu.

  spis treści

   Ks. Szczypta Stanisław

(źródło: https://groups.google.com/forum/#!topic/sowa-frankfurt/MnfRHwqYL8c)

ks. Szczypta 

   Jeśli słowo SYBERIA ma od bardzo dawna dla każdego pokolenia Polaków określoną treść, to dobrze znaną niegdyś w Polsce nazwę historycznego miasta ŻYTOMIERZ, z którym przez niemal trzydzieści lat związane było życie ks. Stanisława Szczypty, pamięta już tylko niewielu. Urodził się on na Podhalu niedaleko Zakopanego (w Starem Bystrem k. Czarnego Dunajca) w 1914 roku. Seminarium Duchowne ukończył w Łucku i tam, na trzy miesiące przed wybuchem II wojny światowej, otrzymał święcenia kapłańskie. Niebawem mianowany został administratorem parafii Jezioro z siedzibą w Przebrażu, w dawnym powiecie łuckim. Nadchodził tragiczny okres ataku nacjonalistów ukraińskich na ludność polską zamieszkałą na Wołyniu. Jego celem byłą całkowita i bezlitosna jej eksterminacja. Broniąc się, Polacy zaczęli organizować samoobronę. Ośrodek takiej samoobrony powstał w Przebrażu w latach 1943-1944 i znalazło w nim schronienie ponad 20 tys. osób z wiosek i kolonii w rejonie Kiwerc. Dobra organizacja i zdobyte uzbrojenie pozwoliły odeprzeć groźny atak i ocalić życie chroniącym się tam ludziom (samoobrona w Przebrażu opisana została przez jej komendanta, Henryka Cybulskiego, w książce pt. "Czerwone noce", Wydawnictwo MON, Warszawa  1974). Praca duszpasterska młodego ks. Szczypty w tej oblężonej i wielokrotnie przez uciekinierów powiększonej parafii, była z pewnością  niełatwym doświadczeniem i szkołą życiowej dojrzałości. Wkroczenie Armii Czerwonej w styczniu 1944 roku oznaczało dla Polaków koniec dotychczasowego zagrożenia, ale również początek nad wyraz bolesnego dramatu, jakim była zwykle konieczność opuszczenia stron ojczystych i udania się na tułaczkę na zachód. Nie znamy dokładnej daty udania się, przez ks. Szczyptę, z polecenia ks. bpa Adolfa Szelążka, na pracę misyjną do Żytomierza, ani też tego, jak długo mógł tam pracować (Ks. Stanisław Szczypta znalazł się w grupie duchownych, którzy tuż po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku udali się na tereny diecezji żytomierskiej i kamienieckiej.
   Z diecezji łuckiej udali się tam wówczas, obok ks. Szczypty następujący kapłani: ks. Stanisław Dobrzański, ks. Bronisław  Drzepecki, ks. Henryk Dyakowski, ks. Józef Kuczyński, ks. Faustyn Lisiecki, ks. Walerian Głowacz, ks. Witold Kurowski i ks. Adolf  Kukuruziński. Działalność ich zakończyła się dość szybko, bo w większości zostali zmuszeni przez Niemców do powrotu - przyp. "WzW"). Aresztowany został, o ile mi wiadomo, na początku 1945 roku i znalazł się wraz z kilkoma innymi księżmi i biskupem Szelążkiem, w więzieniu w  Kijowie. Według różnych relacji skazany został na 10 lat karnego obozu pracy na dalekiej północy. Z listu Heleny i Bogdana Michałowskich (list do ks. Z. Ryżko z 6. VII 1990 roku) wiadomo, że w latach 1950-1955 przebywał na Syberii w Krasnojarskim Kraju, w rejonie  Udierskoje i miejscowości Razdolnoje. Wielokrotnie opisano już wyniszczające ludzi i poniżające godność ludzką warunki życia i pracy, jakie panowały w łagrach. Możemy je tu pominąć. Ks. Szczypta podobno bardzo niechętnie poruszał w rozmowach  ten temat. Pomimo surowych zakazów stosowania jakichkolwiek praktyk religijnych, wszyscy kapłani, ryzykując, nieśli uwięzionym pomoc duchową i sakramentalną. Dlatego ich pobyt w łagrach należy uznać za opatrznościowy dla przebywających tam ludzi. Z pewnością i ks. Szczypta miał po temu okazję. Znalazł się tam przecież jako młody i pełen energii kapłan. Dzięki amnestii ogłoszonej w 1955 roku został uwolniony i wrócił do Żytomierza. Było to szczęśliwym zrządzeniem Opatrzności dla niego i wiernych w tej okolicy. Przez rok jednak nie mógł zamieszkać w mieście i przebywał w niedalekiej wiosce Słobódka. Po tym okresie rozpoczął pracę w Żytomierzu, taką, jak była możliwa w ówczesnych warunkach ciągłej inwigilacji, różnorodnych ograniczeń i nadszarpniętego przez pobyt w łagrach zdrowia. Dla wiernych całego regionu praca ta była mimo wszystko bezcenna, stanowiąc duchowe oparcie. W systemie planowo niszczącym podstawy porządku moralnego, uczył opartych o chrześcijaństwo zasad moralnych życia rodzinnego i osobistego, wyjaśniał zasady wiary i przez samą swoją obecność był znakiem nadziei na przyszłość. Był dobrym i słuchanym z najwyższą uwagą i życzliwością kaznodzieją. Na godzinę przed nabożeństwem katedra była już przepełniona i trwała nie kończąca się spowiedź. Ks. Szczypta był przez kilkanaście lat jednym z dwóch kapłanów w obwodzie żytomierskim, liczącym wówczas kilkadziesiąt tysięcy katolików. Niełatwo było opisać codzienny i świąteczny trud duszpasterski pracującego w tych warunkach kapłana. Tym bardziej, że nie prowadzono żadnych jego kronik. Rodzina w kraju, a zwłaszcza siostra nalegała, by wracał w rodzinne strony i do lepszych warunków życia. Czy mógł usłuchać tych sugestii i boleśnie zawieść wiernych, którzy darzyli go całkowitym zaufaniem, szacunkiem i miłością? W latach siedemdziesiątych odwiedził matkę w Krakowie i wracał do Żytomierza. Był już zresztą otoczony troskliwą opieką materialną, otrzymywał też wydawnictwa religijne. Niezmienna pozostawała tylko inwigilacja ze strony władz, śledzących wszystkie kontakty, czynności i wypowiedzi publiczne księdza. Gdy jesienią 1976 roku niespodzianie spotkałem go w zakrystii katedry przy obecnej tam służbie kościelnej, dał mi dyskretny znak, że nie może ze mną rozmawiać. Po niespełna trzydziestu latach pracy w tym mieście, a później i kilku punktach dojazdowych, których zatwierdzenie stopniowo udało się wiernym uzyskać, ks. Szczypta zmarł w Żytomierzu w marcu 1984 roku. Na pogrzebie były tłumy ludzi i wielu księży, których liczba już znacznie wzrosła. Ks. Stanisław Szczypta należał do tej niewielkiej grupy księży z przygranicznych diecezji polskich, którzy już w czasie II wojny światowej rozpoczęli pracę za przedwojenną granicą wschodnią, po okresie prześladowań religijnych w czasach międzywojennych, i którzy później zapłacili za to wysoką cenę w postaci wieloletnich pobytów w więzieniach i łagrach. Znamienne jest to, że po uwolnieniu, nie mając żadnych złudzeń co do charakteru systemu sowieckiego, pozostawali w nim ze względów czysto ideowych. To dzięki ich pracy mogły przetrwać, a następnie stopniowo się rozwijać ośrodki religijne w postaci parafii i ich filii w ciężkim okresie powojennym i za czasów N. Chruszczowa. Oznaczało to ich promieniowanie na okolice pozbawione takich ośrodków.

  spis treści

Ks. Wysokiński Marceli (unita)

(źródło:  http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/Borysowicz.htm) 

ks. Wysokiński

   Marceli Paweł Wysokiński ur. się 16.01.1886 r. w Zawadach na Lubelszczyźnie.  Mając 6 lat zaczął uczęszczać do szkoły podstawowej. Edukację kontynuował w gimnazjum w Siedlcach, które ukończył ze złotym medalem w 1900 r. Następnie podjął studia filologiczne w państwowym uniwersytecie w Moskwie, które ukończył w 1906 r. Przez następnych 8 miesięcy odbywał służbę wojskową. W 1907 r. wstąpił do Wyższego seminarium Duchownego w Lublinie. W 1911 r. przyjął święcenia kapłańskie.         Ks. Wysokiński posługiwał jako wikary kolejno w Bełżycach, Opolu Lubelskim i Łukowie, gdzie był katechetą i nauczycielem języków starożytnych w państwowym gimnazjum oraz w Samogoszczy. W 1916 r. został administratorem parafii Rzeplin i Nowosiółki. W 1922 r. poprosił o zwolnienie z diecezji. W następnym roku wstąpił do zakonu jezuitów, gdzie przyjął obrządek wschodni. Został administratorem parafii neounickich Synkowicze i Albertyn na Wileńszczyźnie. Jednocześnie był nauczycielem języka białoruskiego i ukraińskiego w papieskim seminarium duchownym obrządku bizantyjsko – słowiańskiego w Dubnie. W 1936 r. opuścił zakon jezuitów. Decyzją bpa łuckiego Adolfa Szelążka objął parafię w Kuśkowcach Wielkich. W 1937 r. przeniesiono go do parafii Miatyn. Wśród swoich wiernych przeżył okupację sowiecką i niemiecką. Po wojnie pozostał na Wołyniu, pomimo włączenia go w granice ZSRS. Kiedy w 1946 r. przemocą zlikwidowano w ZSRS kościół unicki, podjął posługę wśród wiernych obrządku łacińskiego w Dubnie. Miał także pod opieką parafie w Krzemieńcu, Szumsku i Mytnicy, gdzie mieszkali Czesi.
   Pełnomocnik Rds.KR obwodu wołyńskiego F. Prokopienko relacjonował: Kiedy ja postawiłem pytanie Wysokińskiemu, czy on zdecydował się na zjednoczenie, on mi odpowiedział: ja lepiej pójdę do kołchozu pracować jako pasterz bydła, jak mam się jednoczyć z Cerkwią prawosławną.
   Protojerej sporządzając raport z wizyty w parafii Humniszcze o zawiązaniu tam prawosławnego komitetu parafialnego, napisał: W odniesieniu do ks. Wysokińskiego ośmielam się wyrazić opinię, że on, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nie jest Białorusinem, ale najprawdziwszym Polakiem i nie jest studytą, ale najprawdziwszym jezuitą.
   W marcu 1948 r. ks. Wysokiński podjął pracę duszpasterską w parafii Bar, na Podolu, gdzie pracował 5 miesięcy, po czym podjął obowiązki duszpasterskie w Winnicy, do której został przeniesiony na wniosek służby bezpieczeństwa, gdyż, jak twierdził pełnomocnik, tu było łatwiej nadzorować jego pracę duszpasterską. W opinii pełnomocnika z 1958 r., ks. Wysokiński, był narodowości polskiej, wyznania greckokatolickiego, ukrywał to jednak, mówiąc, że katolik, chociaż od 1925 r. do 1945 r. duszpasterzował wśród Białorusinów i Ukraińców. Znał języki. [...] przejawiał ogromną troskę o umocnienie katolicyzmu.
   Od chwili przyjazdu do Winnicy ks. Wysokiński podjął energiczne działania duszpasterskie, które nie zawsze były zgodne z obowiązującym prawem o kultach. Tutejsi katolicy nie widzieli często kapłana od 20 lat. Mimo różnych przeciwności, przez cały czas starał się o zwrot zamkniętych świątyń. Z jego też inicjatywy wierni odwoływali się do różnych instancji, domagając się poszanowania swoich konstytucyjnych praw. Mimo, że od 1953 r. do pracy duszpasterskiej na tym terenie zaangażowało się trzech nowych kapłanów, nadal swoją posługą sakramentalną obejmował największą liczbę wiernych. Sprzyjał temu fakt, że Winnica była stolicą obwodu, i na jej terenie znajdowały się urzędy administracji publicznej. Były one często odwiedzane przez interesantów, którzy przy okazji nawiedzali świątynie winnicką i korzystali z posługi sakramentalnej.
   Jak skrzętnie odnotował sowiecki urzędnik: W pierwszej połowie 1949 r. w Winnicy podczas uroczystości i świąt Nowego Roku, św. Józefa, Zwiastowania i innych cały kościół był wypełniony wiernymi i nawet wokół kościoła stali ludzie. [...] Zaobserwowano, że przyjeżdżający z rejonów, z jakiegokolwiek powodu ludzie do organizacji obwodowych, starają się być w kościele i uczestniczyć w liturgii. Ochrzczono 163 dzieci, [...] związków małżeńskich zawarto 98. [...] 29 pogrzebów odbyło się z udziałem księdza. Z sakramentu chrztu skorzystało wówczas 659 osób, z sakramentu małżeństwa 98 par, a ze spowiedzi – około 3000 osób.
   W ocenie sowieckiego pełnomocnika, ks. Wysokiński był dobrze przygotowany. Niezważając na swoje lata pełni posługę duszpasterską w 4 kościołach, 3 z nich oddalone 80–100 km, obowiązki wypełnia. Wierni nie skarżą się na niego. Przejawia ogromną troskę o umocnienie katolicyzmu. Kościelne „dwadcatki” trzyma w swoich rękach i dysponuje nimi sam. W swoich kazaniach występuje przeciw audycjom radiowym, rozkrzewianiu naszej kultury.
   Pracownicy wydziału obwodowego KGB, stwierdzili, że ks. Wysokiński usiłuje odsunąć katolików od życia politycznego w kraju i przekonuje ich, by nie czytali gazet i innych sowieckich publikacji, nie słuchali audycji radiowych.
   Według relacji pełnomocnika we wsi Kruszelińce Małe, rejon winnicki miało miejsce następujące wydarzenie: do mnie [pełnomocnika] zadzwonił sekretarz RR w Winnicy – Tokarenko informując, że ks. Wysokоński pieczętował groby na cmentarzu katolickim we wsi Małe Kruszelińce. Pracownicy kołchozu porzucili pracę i poszli na groby. Zebrało się według słów tow. Tokarenki, do 500 osób. Około 100 osób to katolicy, a pozostali prawosławni i osoby nie wyznające żadnej wiary. Prosił mnie, żebym ja przeciwdziałał.
   Ks. Marceli Wysokiński zm. 23.12.1959 r. w Miastkówce podczas wypełniania kapłańskich obowiązków. Obrzędom pogrzebowym 26.12.1959 r. przewodniczył ks. E. Tyndyra a homilię wygłosił ks. Antoni Chomicki. W pogrzebie udział wzięło ponad 1500 wiernych.

spis treści